Nasza podróż poślubna- dzień 1. i jedna druga
Pomysłów na naszą podróż poślubną było kilka. Jeszcze w lutym, marcu snułam plany wyjazdu na wycieczkę zagraniczną, przeglądałam oferty biur podróżny. Interesowała nas wycieczka objazdowa, np. Szwajcaria i Austria, południowa Francja, Szkocja. Niestety, wakacje to okres najwyższych cen na wszystko. Chcieliśmy dłuższy wyjazd przynajmniej 10 dniowy. Jak policzyliśmy ile by nas to wyszło, nawet w ofercie "first minute", wyszło za drogo. Do tego dochodziła niepewność o urlop Pawła, bo latem w jego firmie jest najwięcej pracy i planowanie urlopu z takim wyprzedzeniem nie wchodziło w rachubę. Wyjazd za granicę odwiesiliśmy na kołek. Z biegiem miesięcy wyklarowała się idea zwiedzenia Polski. Nie miałam nic przeciwko temu. Raz, że Polskę oboje mało znamy (ja trochę więcej, przynajmniej te kluczowe miejsca), dwa, że można jechac własnym samochodem, więc jest się niezależnym, trzy, że jest taniej. Można się samemu taniej wyżywić, zdecydować o noclegu i tak dalej.
Paweł dostał ponad dwa tygodnie urlopu w związku ze ślubem. W środę rano 1. sierpnia spakowaliśmy manatki, Atosa odwieźliśmy do teściów, rybkom zapowiedzieliśmy post, chomika z klateczką zawieźliśmy do moich rodziców i ruszyliśmy w drogę. Mieliśmy plan tylko na ten jeden dzień. Żadnej konkretnej marszruty nie obraliśmy, nigdzie nic nie rezerwowaliśmy, postanowiliśmy reagować na bieżąco na nasze chęci i pogodę.
Pierwszym celem był Malbork, ok 3 godziny jazdy od nas. Gdy zajechaliśmy zdziwiło nas, jak ogromne tłumy się tam przewalają. Inaczej zapamiętaliśmy to z czasów podstawówki ;) Kolejka "kilometrowa" do kasy, ale posuwała się szybko. Ceny biletów już nie pamiętam, ale nie były tanie, na szczęście z wliczonym przewodnikiem. Dostał nam się Jeleń. Serio- ten pan miał tak na nazwisko. Starszy i energiczny, widać, że zęby już zjadł na latach oprowadzaniu po zamku. Bardzo ciekawie i szybko mówił. Jako nieliczna z grupy zadawałam mu pytania, gdy tylko zdążyłam między jednym a drugim potokiem jego słów. Poza czysto historycznymi sprawami interesowała mnie także praca przewodnika. Byłam lekko zszokowana, kiedy powiedział mi, że w sezonie każdego dnia na zamku oprowadza około 200 przewodników! On sam tego dnia robił z nami trzecią, ostatnią tego dnia rundę, a każda trwa ok 3,5 godziny. Toż to turystyczna fabryka! Zamek oczywiście spodobał mi się, bardziej świadomie zwiedzałam go teraz niż mając 12 lat. Czułam niedosyt. Najchętniej pochodziłabym z tym Jeleniem ze trzy dni i wtedy może dowiedziałabym się chociaż 30% tego, co on wiedział. Facet po prostu zdumiewał swoim obyciem. Mijaliśmy się z innymi grupami i miałam okazję podsłuchać, jak oprowadzał jeden młody, wyżelowany przewodnik, ten to dopiero stękał, jakby noc wcześniej z książki wkuwał - niebo a ziemia!
Po wyjeździe z Malborka ruszyliśmy do Grudziądza, gdzie mieszka nasza koleżanka, Margolcia. Ta, co była u nas na ślubie i weselu. Bardzo miło nas przyjęła, nocowaliśmy u niej, a następnego dnia gospodyni pokazała nam miasto, zwłaszcza jego starą część ze spichrzami, pod którymi właściwie mieszka. W Grudziu byłam tylko raz, na początku studiów, miło było zobaczyć to miasto jeszcze raz i w dodatku odwiedzić bliską koleżankę! Paweł też był oczarowany, nie tak bardzo miastem, jak miłym przyjęciem przez Margolcię. Oj ma się ten sentymencik ;)

