Trzecia i ostatnia część relacji ze ślubu oraz wesela.
Kiedyś jedna dziewczyna napisała mi, że idąc do ołtarza nie widzi się twarzy ludzi, tylko kwiaty wzdłuż ławek i ołtarz. U mnie to się nie sprawdziło. Szliśmy za księdzem, Pawełek dość poważny (widać to teraz na zdjęciach), ja z promiennym uśmiechem, patrzyłam na zebranych gości. Większość odwracała za nami głowy, pstrykali zdjęcia, patrzyli życzliwie. Czuło się sympatię, także od osób, które widziałam pierwszy raz w życiu. Organista grał chyba marsz Mendelsona, ale nie będę się zakładać. Dość, że raczej wolałam się nie wsłuchiwać w muzykę, gdyż muzyk zwyczajnie fałszował. Jakoś nie mógł utrzymać rytmu... Sama go wybierałam i lekko się zdenerwowałam. Na szczęście kościół nie jest długi i nie musiałam długo cierpieć. Oczywiście fałszował także przy Ave Maria, a Canon in D Pachelbela zagrał, jak przedszkolak... jednak wolę tego nie pamiętać. ;)
Zabawne, ale najmniej ze wszystkiego pamiętam samą mszę. Wiem, że Kasia pilnowała mego welonu, kiedy siadałam, wstawałam, klękałam, że patrzyliśmy z Pawełkiem na siebie, szeptaliśmy sobie słowa otuchy, wyznania miłości. Że msza uspokoiła mnie, choć na moment przysięgi i wymiany obrączek (Pawełek ich jednak nie zgubił, tylko przed mszą grzecznie oddał kościelnemu) serce wyskakiwało mi niemal do gardła. Nie pamiętam kazania... a jedynie to, że było bardzo ciepłe i pozytywne. Ksiądz Andrzej wciąż zwracał się do nas, uśmiechał się i delikatnie wskazywał nam, co mamy robić.
A na początku mszy ksiądz opowiedział zabawną anegdotkę o pewnym kościele w Polsce (nie wiem, czy wymienił miasto), w którym podczas ślubów zasłania się napis po jednym z obrazów. Pod tym obrazem, przedstawiającym mękę Chrystusa, jest podpis: "Ojcze, przebacz im, albowiem nie wiedzą, co czynią".
Muszę przyznać, że ta historyjka rozluźniła nieco atmosferę, a zgromadzonym się spodobała, bo nawet na weselu chwalili księdza za poczucie humoru.
Przysięga: ksiądz zawiązał nam ręce stułą i czułam, że ręka Pawła drży. Pierwszy zaczął oczywiście Paweł i (o jeny!) patrzył na księdza, a nie na mnie! Ścisnęłam jego dłoń i "wrócił" do mnie. Dalej mówił patrząc na mnie. Ksiądz szeptał przysięgę tak cichutko, że tylko pierwsze rzędy to słyszały. Większość myślała, że mówimy z pamięci
. Pamiętam, że mój mąż obawiał się, że z nerwów zacznie się jąkać, ale wypowiedział całą przysięgę pięknym, równym głosem. Serce mi urosło i poczułam, że zalewa mnie fala szczęścia i miłości, bo oto staję się jego żoną.
Potem ja przysięgałam i patrzyłam wybrankowi w oczy, usmiechałam się (kuzyn powiedział, że obawiał się, że wybuchnę śmiechem) ale to był UŚMIECH szczęścia; do rechotania było mi bardzo daleko. Następnie "obrączkowanie". Już w domu przeprowadziliśmy próbę i okazało się, że Paweł może mieć trudności, by wepchnąć obrączkę na mój paluszek (trzeba sposobem- taka budowa). Na szczęście nie było gorąco, a ksiądz jeszcze poświęcił obrączki, szczodrze skrapiając je wodą, więc zakładaliśmy je właściwie mokre- bez trudu
.
Po zakoczeniu mszy, ksiądz wręczył nam jeszcze dyplom i chwilę z nami porozmawiał. Organista zaczął piłować już nie pamiętam co, a my usiłowaliśmy kontemplować to, co sie właśnie wydarzyło w naszym życiu. I wtedy właśnie goście powinni byli zacząć wychodzić, ale czas mijał (albo nam się tak dłużyło) a organista piłował i piłował, a goście jak tkwili w ławach tak tkwili, a przecież mieli wyjść przed nami, wziąć w łapki od świadków torebeczki z płatkami róż (załatwiane w ostatniej w sobote rano przez mego tatę) i czekać na nas przed kościołem (a nie wiedzieliśmy nawet, czy pada). Wreszcie ja i Pawełek, lekko skonsternowani, ruszyliśmy się z miejsc i ja zapomniałam "bukietu"- został na klęczniku. Teściowa dała znać Pawłowi i on się po niego wrócił- ze trzy metry, ale jednak. Wyszliśmy do kruchty.
Teraz dopiero zaczęli wychodzić goście. Trwało to w moim odczuciu godzinę. Kasia wręczała im białe torebeczki, na co się trochę dziwili. Okazało się, że deszcz nie pada, więc świadkowie skierowali wszystkich na dwór, niektórych musieli delikatnie powstrzymać od składania nam życzeń w kruchcie, bo dopiero zrobiłoby się zamieszanie! A przcież za chwilę miał być kolejny ślub i tamci już na pewno czekali. Wreszcie wyszliśmy i spadł na nas deszcz kolorowych płatków róż. Nasypało mi się ich za dekolt. :D Potem zaczęły się życzenia. Trwały i trwały. Sporo osób z rodziny męża poznałam właśnie wtedy. Przyszło kilka osób z mojego roku, były szef Pawła z żoną, kilka niespodziewanych osób. Nie zawiodła Monika (Olga z forum) -bardzo miło było ją zobaczyć tego dnia. A przecież miesiąc wcześniej ja byłam na jej slubie -jak to zleciało. Ale trochę osób mi brakowalo... zawiedli znajomi z liceum- nie licząc Marcina, liczyłam na trochę więcej osób z roku. Zabrakło jednej waznej osoby z rodziny. Ale zjawiło się także trochę niezapowiedzianych gości i to na wesele :) Np. miało nie byc dzieci, a jednak około piątki by się naliczyło. Nie było dla nich żadnych specjalnych atrakcji, bo nic nie wiedzieliśmy, że będą. Bo goście przy potwierdzaniu przybycia nic o dzieciach nie wspomnieli- podali tyle osób, ile zaprosiliśmy- samych dorosłych, znaczy. Pewnie, że dzieci są miłym akcentem, ale mimo wszystko... Ja nie przyszłabym niezapowiedzianie i nie wzięłabym niezapowiedzianych gości ze sobą. Są telefony- nawet w ostatnim tygodniu można było zadzwonić.
Cieszę się, że po życzeniach udało się świadkom "spędzić" gości do wspólnego zdjęcia. Pewnie ktoś tam się nie załapał, bo niektórzy jakby uciekali w popłochu, ale większość chyba jest uwieczniona. Wreszcie dano hasło gościom, by udali się do samochodów, a kto nie miał- do wynajętych taksówek, a ja z mężem poszliśmy z fotografem na zdjęcia, bo kościół leży w dość malowniczej okolicy. Kasia nie chciała pozować, postanowilismy namówić ją później, gdy wróci świadek, który pojechał w bliżej nieokreślonym celu, w bliżej nieokreślone miejsce.
Po skończonej pierwszej serii zdjęć nastąpił zonk!- wchodząc po kamiennych schodach nadepnęłam sobie na halkę i zaliczyłam glebę. Na szczęście podparłam się rękoma, tylko, że na sukni pojawiły się mokre, miejscami szarawe, poprzeczne plamy, w miejscach, gdzie kiecka zawierała brutalną znajomość ze schodami. Przy kolejnych zdjęciach wyszargałam doł sukni o mokry żwirek na ściezkach. Ludzie przystawali popatrzeć na młodą parę, a ja widziałam ich jakby zza szyby. Tak byłam szczęśliwa i pochłonięta pozowaniem do zdjęć. Wreszcie chcieliśmy zrobić zdjęcia ze świadkami, ale Igora ciągle nie było! Wreszcie Paweł zadzwonił do niego. Okazało się, że bracki pojechał do mnie do domu zawieźć koperty i wszystkie kwiaty! Trochę mu to zajęło wnoszenie etapami. Jak się wreszcie objawił, zrobiliśmy kilka zdjęć ze świadkami. Wreszcie zapakowaliśmy się do samochodu z Kasią, brat do swojego i ruszyliśmy na salę.
Przed salą wiadomo, chlebek, sól i woda w kieliszkach (obu, bo tak sobie zażyczyliśmy). Kieliszeczki stłukły się malowniczo. Następnie kelnerki posypały nas foliowym serduszkowym konfetti, które musiało zostać z posypywania stołów. Oczywiście- z serduszkami na stołach to mój pomysł. Na sali Sam Pan, czyli szampan i pierwsze "Sto lat". Mieliśmy z Pawełkiem wielgachne kielichy i różowy Sam Pan w nich. Stukaliśmy się chyba z każdym (taka tradycja, choć wiem, że ponoć nieelegancko jest się stukać).
Wreszcie odsapnęliśmy, kiedy poproszono nas na obiad i mogliśmy choć trochę zejść ludziom z oczu chowając się chociaż do połowy za stołem. Chwalę dzień, w którym zrezygnowałam z wizytówek, bo jak pisałam wcześniej kogoś z rodziny zabrakło, inna osoba niespodziewanie się pojawiła, zamiast jednego wujka, przyszła bez powiadomienia jedna ciocia, naszło się nie wiadomo skąd dzieciaków. Jakby na stołach stały wizytówki, to dopiero zaczęłoby się zamieszanie. A tak, wszyscy w miarę sprawnie posadzili się sami. Zaczęliśmy jeść (smaczne było- jak z resztą WSZYSTKO, co nam tej nocy podano na stoły), a po jakims czasie przyszedł pan z orkiestry i poprosił świadka o toast, ale... świadka NIE BYLO! Igor zniknął ponownie, nie wiadomo gdzie!!! Wreszcie toast wygłosiła Kasia, a od taty dowiedziałam się, że właśnie tata kazał mu wrócić się do domu po kwiaty, bo na sali stały puste wazony przygotowane na nie. Co za paranoja! Świadek powinien zapytać mnie i Pawła, a nie słuchac się tatusia. Poza tym po co zawoził te kwiaty do domu (też nas nie zapytał- posłuchał się ojca) i jak już koniecznie chciał je przywieźć, to powinien był to zrobić, jak się rozluźni, a nie wtedy, kiedy trzeba być na początku koło Pary Młodej. Wiem, że brat ma 19 lat, że pierwszy raz był świadkiem. Ale dzień wcześniej dokładnie wszystko omawialiśmy, co gdzie ma zawieźć, co ma robić, jak będzie wyglądał "scenariusz" wesela. Poza tym jego spóźnialstwem, nie mam więcej pretensji do niego. Wreszcie się objawił. Panie kelnerki powstawiały kwiaty do wazonów, Igor wygłosił drugi toast. A zanim obiad się skończył orkiestra przywitała każdego gościa z osobna przedstawiając go wszem i wobec z imienia, nazwiska i stopnia pokrewieństwa. Umówiliśmy się przed weselem, że na salę dostarczymy listę wszystkiech gości. Listę poprawiałam w ostatniej chwili podczas obiadu! Wymieniliśmy gości w kategoriach rodzice, swiadkowie, chrzestni, babcie, ciocie i wujkowie, kuzyni, przyjaciele. Gościom było miło, każdy wstawał lub pomachał. A jak ktoś był z dużą rodziną, to mieli nawet owacje na stojąco ;)
Następnym punktem programu był pierwszy taniec. Ostatecznie była do "Dumka na dwa serca". Ponoć ładnie odtańczona, ale kamery nie mieliśmy, więc na szczęscie ufam, że było ładnie (ćwiczyliśmy trochę) i się nie rozczaruję. :D Potem do kolejnego tańca została zaproszona reszta gości i jakoś przebrnęliśmy przez najbardziej stresujący moment wesela. Od razu napiszę: orkiestra spisała się na medal! Grali naprawdę dużo, w różnym stylu, przebierali się, przerwy się nie dłużyły, ładnie zbierali towarzystwo "do kupy", proponowali ciekawe konkursy. Po pierwszym bloku tanecznym goście usiedli, a na salę wjechał tort. Na szczęście ukroiliśmy (tzn. ja) tylko 4 kawałki dla rodziców, a dla reszty gości kroiły kelnerki. Bardzo dobrze, bo obawiałam się, że po moim krojeniu zabraknie tortu dla połowy gości ;) A kelnerki rozpracowały go tak sprytnie, że kawałek został nam nawet po weselu.
Teraz w telegraficznym skrócie opiszę dalszą część wesela: "gorzko gorzko" wołali nam chyba ze 20 razy, "sto lat" spiewano nam do ochrypnięcia :D. Nikt się nie upił brzydko, tylko jeden wujek spadł z krzesła, ale poza tym, było kulturalnie i została prawie połowa wódki i 3/4 wina. Wytańczyłam się tak, że około 3 nad ranem myślałam, że mi nogi odpadną. Ilekroć zasiadałam za stołem, podciagałam suknię, halkę i wietrzyłam się. Pończochy zdjęłam i zamieniłam na białe podkolanówki- strzał w 10! Oczepiny przebiegły sprawnie. Było zbieranie na wózek, bo męża rodzina zna i lubi ten zwyczaj. Z mojej rodziny prawie nikt nie zatańczył- nie znają tego, nie byli przygotowani. Ale na wózeczek się uzbierało :) Mieliśmy atrakcje w postaci występu Elvisa Presleya-przebrany członek orkiestry.
Wesele skończyło się około 4:30. Orkiestra wszystkich ładnie pożegnała, zagrali na koniec "przeżyj to sam". Goście wychodzili dziekując za udaną zabawę. Na razie żadne ploty do nas nie dotarły, więc mam nadzieję, że wszystkim rzeczywiście się podobało! Ja i mąż byliśmy wycieńczeni emocjami, długim dniem i tańcami. Marzyliśmy o kąpieli i łóżku. Ale do domku dane nam było dotrzeć dopiero około 6. Paweł pomógł mi zdjąć suknię i dopiero zobaczyłam, jak się wybrudziła- trochę zaczęłam się obawiać, jak to doczyszczę. Cały dół miał szary rąbek. Na szczęście nic się nie porwało, ani nie wylałam nic na siebie.
Wykąpaliśmy się i przeczytaliśmy kartki z życzeniami. Kwiaty przewiezione z nów z sali ostatniem sił rozlokowałam w wiadrach. Runęliśmy na łóżko i zasneliśmy, jak kamienie. Koło południa wyrwał nas telefon- to wujek Pawła dzwonił i nagadał mu, że ma spłodzić syna, żeby nazwisko nie wygineło, bo jak do tych pór w rodzinie same córki. Tez sobie znalazł czas na genealogię! My ledwie żywi ze zmęczenia, a ten instrukcje na poranek poślubny wydaje! ;) Wstaliśmy uzupełnić elektrolity i zakąsić co nieco. Strasznie rozbolała mnie głowa, więc znów się położyłam i mąż też. Noc poślubna miała miejsce późnym popołudniem ;) A jak już wstaliśmy, pojechaliśmy po naszego Atosa (okazało się, że był bardzo grzeczny, więc hotel w razie czego, stoi otworem), a następnie do moich rodziców, gdzie jeszcze rezydowali moi chrzestni. Miło było powspominac wszystko na świeżo i obejrzeć pierwsze zdjęcia na kompie.
Poniedziałek to dalsze dochodzenie do siebie. Upragniona wizyta u fryzjera! Bo już tych długich kłaków nie mogłam zdzierżyć. I pranie sukni- pani z salonu powiedziała, że mam się nie szczypać tylko normalnie w wannie wyprać ją w proszku do białego. Poskutkowało. Na wtorkową sesję fotograficzna suknia była bieluśka i pachnąca. Sesja była nad morzem, na torach i na łące. Świetnie się bawiliśmy. Była z nami moja szwagierka, która pilnowała nam pieska (za często pchał się w kadr) i też pstrykała nam fotki- przyznać muszę, że niektóre lepiej jej wyszły niż te robione przez naszego fotografa!
A w środę wyjechaliśmy w podróż poślubną, ale to już inna relacja. Cieszę się, że udało mi się to wszystko spisać i przeżyć niejako na nowo :)

