Relacji z naszego ślubu 29 lipca część 2. i może ostatnia :)
Gdy wysiedlismy z samochodu zaczęło kropić. Nie dało sie stać na dworze, więc weszliśmy do kościoła. Byliśmy umówieni na 15:45 na podpisanie dokumentów. Pod kosciołem i w zakrystii stało już kilkoro gości. Te i następne chwile nieźle połechtały moją babską próżność, bo ludziska wytrzeszczały gały na odmienioną Anię. Hihi... słyszałam nawet na własne uszy, że wygladam wspaniale a nawet, że jak mała księżniczka
tak miał powiedzieć mój przyjaciel, Marcin do koleżanki Magdaleny. To wszystko może nie jest ważne, ale wziąwszy pod uwagę, ile przygotowań i starań poczyniłam by wygladać tego dnia najładniej, jak mogłam, można chyba zrozumieć, że takie komplementy bardzo mnie radowały. Napomknę również, że Pawełkowi też się "oberwało" miłych słów odnośnie jego prezencji. Trochę mnie wprawdzie zaskoczył uczesaniem na jeża, ale tak też mi się podobało. Było tak niecodziennie.
Wracając do spraw ważniejszych: powoli z Kasią i przyszłym mężem posuwaliśmy się w stronę zakrystii i nawet widzieliśmy majączącą w tle sylwetkę księdza Andrzeja. Niestety, świadek- mój braciszek- spóźniał się. Nie pierwszy raz tego dnia, jak się miało okazać. Wreszcie objawił się w swojej krasie i weszliśmy do zakrystii podpisywać dokumenta. Igor miał mieć przygotowane pieniądze w kopercie dla księdza, ale oczywiście koperty mu się pomieszały, bo oprócz tego miał także kasę dla organisty i kierowcy. Musiał wyjść z zakrystii, poukładać sobie i wrócić. Stresowało mnie to, bo wydawało mi się, że wszystko się przeciąga. Dodatkowo martwiłam się, czy narzeczony mi nie zemdleje, bo poszarzał na buzi i był strasznie spięty. Tak już mamy, że ja przeżywam w ten sposób, że chodzę i gadam, jak nakręcona, a Paweł raczej markotnieje i powolnieje. Przy podpisywaniu dokumentów czułam, że zaczyna się NAJWAZNIEJSZE.
Teraz muszę napisać pean na cześć naszego księdza. Poznaliśmy go w styczniu, kiedy przyszedł po kolędzie. W porównaniu do proboszcza... to bez porównania. Byliśmy zdziwieni jego energicznością i swoistym "luzackim" zachowaniem. Potem zetknęłam się z nim przed bierzmowaniem, na które dał mi "skierowanie". Od razu mówił mi po imieniu, ciągle wtrącał "będzie spoko", "nie martw się, jest okey" i tego typu teksty. Potem dostałam od niego numer koma i na gg. Od tego czasu kilka razy "klikaliśmy". Następnie, w czasie nauk przedmałżeńskich stary proboszcz dał się nam we znaki, swoim zacofaniem, radiomaryjną propagandą i brakiem zrozumienia dla młodych ludzi. Nastepne przeboje ze zmianami godziny ślubu tylko nas utwierdziły, że chcemy księdza Andrzeja, jako tego, który poprowadzi naszą mszę ślubną. Niestety- stary proboszcz jest zaprzyjaźniony z rodziną mojego taty, on także mnie chrzcił, nazywa mnie swoja chrześniaczką i obawiałam się, że "po znajomości" będzie chciał wziąć się za nasz ślub. Do ostatniego tygodnia nie było wiadomo, czy uda się z Andrzejem (u nas w parafii nie można sobie wybierać księdza na ślub), ale już ja wierciłam delikatnie ks Andrzejowi dziurę w brzuchu i dawałam do zrozumienia, że bardzo zależy nam właśnie na nim! No i kilka dni przed ślubem oświadczył, że on będzie nam błogosławił.
Ulżyło nam! Bo naprawdę, oprócz zwykłego starczego ględzenia i smęcenia, proboszcz lubi na ślubach prawić morały na temat homoseksualistów, a tego chieliśmy bardzo uniknąć, raz, że co to nas obchodzi... to ma być nauka dla nas, a nie straszenie Sodomą i Gomorą, a dwa, że mieliśmy wśród gości osobę homo i tym bardziej nie chciałam, aby gość miał poczuć się źle. Ups- rozpisałam się. Tonę w dygresjach! Help!
Ksiądz Andrzej był miły, opanowany i uśmiechnięty. Po podpisaniu "cyrografów" poprosił nas, byśmy stanęli pod chórem i czekali, aż po nas wyjdzie. Trwało to kilka minut. W tym czasie poschodziło się coraz więcej ludzi. Wypatrywałam znajomych twarzy, dziwiłam się obcym (nieznana mi rodzina Pawełka). Fotograf Jacek pstrykał nam fotki (a propos... dziś nam dał na płycie, żebyśmy sobie wybrali 100 najlepszych do wywołania). Wreszcie podszedł ksiądz i oczywiście wyglądało to bardzo poważnie, jak mówił do nas i podawał nam krzyż do ucałowania. Ale tak naprawdę podnosił nas na duchu tym swoim "śmiesznym" "jest okey, nie martwicie się, będzie spoko". Ruszyliśmy w stronę ołtarza...
c.d.n.

