Niedziela, 13 Sierpnia 2006

Już po wszystkim... relacja z mojego ślubu cz. 1

Poniższą relację zaczęłam pisać 31 lipca :)  A dokończę, jak mi wena pozwoli.

Sobota 29 lipca 2006 roku przeszła już do historii. Dziwnie sie teraz czuję. Jednocześnie szczęśliwa i trochę zagubiona. Bo jak to... tyle miesięcy myślenia o jednym, życia głównie jedną sprawą i tak nagle PO WSZYSTKIM? Z drugiej strony ulżyło mi, bo przygotowanie wszystkiego kosztowało mnie dużo wysiłku, nerwów, cierpliwości, pomysłowości, zapobiegliwości, zaradności i innych ...ości. Za duzo, jak na jednego małego Groszka ;) Chyba nie pozostaje nic innego, jak opisać ze detalami TEN dzień:

Poszłam spać po 1szej w nocy! Wiedziałam, że się nie wyśpię i rzeczywiście- spać nie mogłam, w mej głowie przewalały się tabuny nieokiełznanych myśli. Wydaje mi się, że spałam chwilkę. Budzik nastawiony był na 7:30, ale ogromny stresior wyrwał mnie ze snu już o 5:30. Paweł spędzał ostatnią kawalerską noc u rodziców, a u mnie, w drugim pokoju nocowała moja świadkowa, Kasia. Nie budziłam jej, tylko powoli zaczęłam krzatać się po mieszkaniu, sprzątać troszkę, czytać forum, rozmyslać. Na śniadanie zjadłam dwie kostki czekolady, bo nic innego nie mogłam przełknąć. O 9:00 byłam już u fryzjera. Ku mojemu zadowoleniu poranek był pochmurny, a nawet leciutko kropiło, gdy wyszłam z domu. Martwiłam się, czy będę ładnie uczesana, bo po próbnej miałam kilka uwag i chciałam, by fryzjerka wzięła je pod uwagę. Na czesaniu czas upłynął mi do 11:40! Z czego 1h15m spędziłam pod wielką suszarką. Nie wiem, czy tyle było konieczne, ale babka sie uparła, że tak. Zauważyłam, że moje sugestie zostały wzięte pod uwagę i od fryzjerki wyszłam o wiele bardziej zadowolona niż za pierwszym razem.

W domku okazało się, że moja wspaniałomyślna Kasia ogarnęła mieszkanie i popakowała nagrody przewidziane w konkursach dla gości. Bardzo się ucieszyłam bo i bez tego miałam bardzo dużo "pracy". Wzięłam prysznic by się ostatecznie odświezyć, wreszcie zjadłam coś normalnego, czyli kanapkę z masłem i czekałam na panią od makijażu. Wcześniej dojechała moja mamcia, która też miała się malowaću tej pani. Pani Ewa przybyła punktualnie, zabrała się za pacykowanie mojej mamy, która próbowała jej przeszkadzać "doradzając", jak chce być umalowana, aż jej powiedziałam, żeby nic nie mówiła i poczekała na efekt końcowy. Mama wyglądała pięknie!

Potem przyszła moja kolej, byłam spokojna o efekt, bo próbny makijaż całkowicie mnie przekonał co do umiejętności pani Ewy. Po jej wyjściu zaczął mnie dopadac stresior! Czasu było coraz mniej, a ja zwlekałam z ubieraniem się, bo nie chciałam siedzieć w sukni zbyt długo no i dość dziwnie było mi poruszać się w niej po mieszkaniu. Kasia na moje obawy typu "czy się nie ugotuję, czy będzie mi wygodnie, czy sie nie pozaczepiam" skwitowała "to po co wybrałaś taką suknię, trzeba było prostą i bez koła". Ot, cała Kasia... kochana, ale BARDZO skromna osoba. Z niej jest super laska, a jednocześnie wcielenie skromności... z trudem namówiłam ją na założenie delikatnego srebrnego wisiorka do prostej czarnej sukienki. Za to o makijażu, choćby o tuszu do rzęs nie chciała nawet słyszeć. Na próżno namawiałam ją by oddała się w ręce pani Ewy. Tu mała dygresja... słyszałam i czytałam historie o świadkowych, które w dniu slubu przesadzają i starają się wyglądać lepiej od panien młodych. No cóż... moja Kasia to całkowite zaprzeczenie takich historii, choć i bez żadnych szczególnych starań wygląda kwitnąco :)

Minęła godzina 14, zjechali moi chrzestni, tato, brat- świadek, brat cioteczny (który nocował u moich rodziców). A ja nie byłam jeszcze gotowa. Czekałam w swoim pokoju, rozmyślałam, pakowałam torbę-niezbędnik, który trzymałam na weselu pod stołem, aby móc z niego wyciągać niezbędne rzeczy w razie potrzeby. Całe szczęście, że zapakowałam także białe cieńkie podkolanówki. Wreszcie poprosiłam Kasię, by pomogła mi się ubrać. Suknia na zamek- więc nie było żadnych problemów. Na to mój koronkowy płaszczyk. Wcześniej pończochy i butki. Wyszłam do gości. Tata spojrzał na mnie, powiedział, że ślicznie wyglądam, usmiechnął się dziwnie i wyszedł na balkon (jak mi później powiedział- popłakać sobie ze wzruszenia). Mój brat Igor, chrzestni, kuzyn- wytrzeszczali oczy :) Moja babcia zalała się łzami już od progu. Z prośbą o podpięcie welonu zwróciłam się do chrzestnej, jakoś większe miałam do niej zaufanie w tej materii, niż do Kasi.

Zrobiła się 15:10 pod dom zajechał nasz zamówiony samochód- teraz nie pamiętam dokładnie, jak wygladał, ale coś mi świta, że tak, jak sobie życzyłam, aby go przystroić. Czekałam pełna napięcia na mojego narzeczonego, który miał przybyć z rodzicami, siostrą i babcią. Przyjechali. (Nawet teraz, pisząc o tym po dwóch tygodniach mam dreszcze i czuję, że z przejęcia marzną mi dłonie. ) żałuję, że ich wejście do mojego domu przebiegło w takim zamieszaniu. To z resztą było nieuniknione, bo ludzi nagromadziło sporo. Zabrakło mi tego pierwszego momentu sam na sam z Pawłem. Ale w końcu zamkneliśmy się w pokoju. Nie pamiętam, o czym mówilismy... Na pewno coś o naszym Atosku, którego Paweł oddał do hoteliku dla psów i bardzo martwilismy się, jak nasz "płaczek" zniesie rozłąkę w obcym miejscu. Czy właściciel hotelu nie zadzwoni do nas w połowie wesela i nie każe zabierać "beksę", bo zakłóca ciszę. Dałam Pawłowi obrączki, a on je wrzucił od tak do kieszeniu marynarki- pomyslałam "oby nie zgubił". Dodam, że Pawełek wyglądał świetnie w swoim garniturze. Bardzo bardzo mi się podobał. Ja mu chyba także... tym bardziej, że wcześniej mnie nie widział, ani nawet samej sukni.

Wreszcie musieliśmy wyłonić się z pokoju. Byłam chyba bardzo zdenerwowana, bo zaczęłam strasznie dużo mówić, chaotycznie przedstawiać jednych gości drugim. Wreszcie nastapiła uroczystość błogosławieństwa, której bałam się, bo po pierwsze nie przywykłam do takich rzeczy, po drugie moi rodzice różnią się od teściów w kwestiach religijnych i obawiałam się, jak to wypadnie. Moja mama pierwsze założyła nam po prostu życzenia i usmiechała się do nas promiennie (i na życzeniach mogło się, jak dla mnie skończyć), mój ojciec zaczął nam życzyć, a w końcu ze łzami w oczach wydusił z siebie, że nam błogosławi. Potem mama Pawła... całkiem się rozkleiła. Po prostu fontanna łez- aż mi się jej szkoda zrobiło, bo nic nie mogła powiedzieć. I Pawła ojciec.. chyba też uronił łezkę i doprowadził do końca tę krępującą mnie sytuację. Niech nikt nie myśli, że jestem nieczuła, czy coś... ale naprawdę nie przywykłam do takich scen. Czułam się zawstydzona. Embarassed Jakoś zupełnie było mi nie do płaczu.

Po błogosławieństwie zeszliśmy na dół. Świadkowa Kasia usiadła przy kierowcy, my z Pawełkiem z tyłu. Z suknią nie było problemu. A droga do koscioła (dosłownie 2 ulice) zeszła nam na ściskaniu się za ręce i rozmowie o naszym psie, "który biedny, pewnie teraz za nami tęsni" :) Kierowca na szczęscie nie puszczał żadnych ckliwych melodii ;) Na zakończenie pierwszej części relacji dodam jeszcze, że Pawełek przywiózł ze sobą mój bukiet. Bardzo ładny i wdzięczny, ale... Ależ to było ciężkie krówsko! 1,5 kg jak nic! Dobrze, że w Polsce nie ma tradycji rzucania bukietem, bo potencjalna zdobywczyni mojej drucianej torebeczki naraziłaby się na ciężkie obrażenia. 

Posted by Pani Groszek at 20:33:59 | Permanent Link | Comments (1) |
Komentarze
1 - Gorszku - aż wczułam się w relację i zaczęłam się denerwować :) Czekam oczywiście na ciąg dalszy - mam nadzieję, że wena najdzie Cie niedługo :) Może jakieś foteczki? Jestem ciekawa tego 1,5kg bukietu ;) Gratuluję jeszcze raz ślubu! (Comment this)

Written by: Beth at 2006/08/14 - 10:47:24
Write a comment