3...
Coraz bliżej. Od niedzieli mam napady lękowe. Denerwuję się strasznie, czy wszystko wypali, czy organista zagra, jak trzeba, czy nie ugotuję się w sukni, czy spodobam się Pawłowi, czy mszę poprowadzi ulubiony ksiądz (bo niestety nie można samemu wybrać), czy uda nam się ładnie odtańczyć nasz pierwszy walc, czy...czy...czy?
Tych wątpliwości jest strasznie dużo. A tyle jeszcze trzeba załatwić! Od dwóch dni próbowałam skontaktowac się z Kasią- świadkową, już na serio się przeraziłam, że nie ma z nią kontaktu (jest za granicą). Na szczeście odezwała się i zapewniła, że nie muszę się martwić, bo przyjeżdża w piątek rano :) Fajnie- pomoże w strojeniu sali.Bo niestety, ale musimy tam pojechać i przypilnować pana, aby wszystko zrobił po naszej myśli.
A jeszcze muszę iść dziś do dentysty, bo ukruszyłam sobie ząb. W ostatniej chwili w piątek wieczorem wyskoczę na manicure. Obawiam się, czy przez kąpiel zrobione paznokcie nie poodpryskują. Gdzieś muszę się wmanewrować z henną i regulacją brwi. I balony dokupić, bo na sali może byc za mało. Do kilku gości zadzwonić i przypomnieć o zmianie godziny.
Paweł znów pracuje z dala od domu i wróci dziś i pewnie jutro też późno, może o 19, 20? Na szczeście udało nam się wczoraj pójść do księdza i zastać Andrzeja, który obiecał nam, że to on będzie nam błogosławił. A tymczasem zakonnica z zakrystii dzwoniła i dopiminała się o kasę na kwiatki. 200 zł cwaniaczka życzy sobie za kosz margarytek! Ale co, kłócić się z nią nie będę, bo krzeseł dna nas i dla świadków nie da...
Czuję się zestresowana, zmęczona i wkurzona. Marzę o chwili psychocznego relaksu, jakiejś spokojnej szczerej rozmowy z Pawłem, wyciszenia się. Teraz życie przypomina szalony galop. Chętnie bym się zatrzymała i poszła w całkiem inna stronę.

