Poniedziałek, 10 Lipca 2006

Bardzo fajny poniedziałek :-)

Ponieważ odwiedziła nas koleżanka z Grudzia- Magda!! Ojej... kopę lat jej nie widziałam! Była przyjazdem z Koszałkowa, bo właśnie wracała ze ślubu Mai. Ta się najprędzej uwinęła z nas czterech, bo poznała swojego mena w październiku, zaręczyli się w grudniu, a ślub był w zeszłą sobotę. Tylko mój P., który swego czasu z Mają się spotykał i najlepszych wspomnień nie ma, stwierdził złośliwie, że ten Mai ślub to musiał być akt desperacji dla jej faceta. No cóż... z Mają się nie kochamy, więc przemilczę.  (Maja, Magda i Aga to koleżanki ze studiów; one były na tym samym kierunku, a ja na innym, ale przez wspólne mieszkanie z Mają i Magdą, Agę też dość dobrze poznałam). 

Ja ślubuję za niecałe 3 tygodnie, a tydzień po mnie Aga! Magda stwierdziła "Ale mnie urządziłyście!", bo w tak krótkim czasie ma trzy śluby swoich najbliższych koleżanek ze studiów. Z Magdą wspaniale mi się rozmawiało! Ona tak się angażuje w pracę, tyle robi dla dzieci, że aż ja podziwiam i sama czuję się "malutka" przy niej. Ja pracuję w prywatniej firmie.. w warunkach komfortowych, za to ONA- same kłopoty... jak opowiadała, to aż włosy stają dęba. A ona ma satysfakcję z tego, co potrafi z tymi dziecmi zrobić... Wielkie brawa dla niej!

Po tym, jak odwieźliśmy Magdulkę- Podulkę na pociąg, pojechaliśmy z Miśkiem oglądać cyfróweczki, bo na bank musimy przed ślubem sobie sprawić. Fotograf fotografem, ale całą noc nie będzie nam pstrykał (bo nie chcemy), a i potem na naszą podróż poślubną przyda się aparat z prawdziwego zdarzenia. W międzyczasie rozglądaliśmy się za bucikami dla pana młodego, za koszulkami... ale aparaty przysłoniły nam wszystko! ;)

Plany na najbliższy tydzień: jutro- iść do krawcowej w sprawie szycia kreacji na wszelki wypadek, jakbym chciała się przebrać, albo jakby jakimś cudem doszło do poprawin, choć nie planujemy. Jutro ok 17 spotykamy się z naszą orkiestrą i omawiamy co i jak mają grać, w co się chcemy bawić itd... W piątek mam przymiarkę (chyba ostatnią przed odbiorem) sukni ślubnej. W piątek także rodzice moi i Pawła będą finalizować umowę z lokalem, tzn. wpłacać pieniądze i umawiać szczegóły. Mam nadzieję, że babka przychyli się do mojej wizji dekoracji, bo to, co do tych pór u niej widziałam, nie zachwycało mnie.

Koniec końców- dzień zaliczam do udanych, choć męczących, a to z powodu niemiłosiernego upału. Za każdym razem, gdy wsiadałam do naszej "blaszanki" czułam się, jak siostra Antka wsadzana do pieca "na trzy zdrowaśki". Yell

Posted by Pani Groszek at 19:21:33 | Permanent Link | Comments (0) |
Komentarze
Write a comment