Trochę szare te święta :/
Jestem niezadowolona z tej Wielkanocy. Po pierwsze już w sobotę rano wyjechałam na wieś, do rodziców. Paweł tym razem postanowił zjeść śniadanie wielkanocne ze swoją rodziną. W zeszłym roku był u moich rodziców, ja zaś bardzo chciałam jechać do swoich, ale szczerze mówiąc ze względu na mamę, która za tydzień jedzie do sanatorium i nie będzie jej 3 tygodnie. Pawełek dojechał wczoraj po południu. Ale nie był sam, tylko z Atosem :-) Psiak od razu zapadł w serce mojej mamie. Tata, jak zwykle sceptycznie "Po co wam kłopot?". Szkoda, że padało.. mieliśmy plany iść na długi spacer z Atosem, ale i tak poszliśmy na dwór i spuściliśmy pieska ze smyczy, żeby polatał po zagrodzonym podwórku i ogrodzie.
Trochę było komplikacji, bo trzeba było zamknąć w domu dwa duże psy rodziców. Ale za to Atos, jak sie ucieszył, że może latać bez skrępowania! Biegalismy z nim, albo Paweł odchodził, ja trzymałam pieska, potem Paweł go wołał, a Atos biegł do niego wielkimi susami, a uszka tam śmiesznie łopotały mu od pędu :-))))) Potem ja wołałam Atosa i biegł do mnie.
Haha.. nie pisałam, ale Atos to niejadek. Babka, skąd go wzięliśmy mówiła, że najlepsza dla niego jest karma, której mały zapas nam dała. To jakaś karma z górnej półki- nie pamiętam teraz nazwy, ale mam książeczkę od niej, nie w każdym sklepie zoo dostępna, ale ma mieć wszystko, co potrzebne, by "wychować championa" ;-) No, ale nasz Atos chyba nie chce być championem, bo nie chce jeść. Zrobiliśmy tak, jak nam radziła telefonicznie, czyli dac mu 2 razy dziennie filiżankę karmy. Poczekać 5 minut, jeśli w tym czasie nie zje, zabrać miskę i nie dać nic do drugiego karmienia. Działać działa, ale nie tak, jak byśmy chcieli. Je, ale bez zapału. Uwielbia mięso- kupiłam mu takie chrząstki porośnięte mięsem i zamroziłam w małych porcjach. Daję mu raz na parę dni. Nie często, żeby się nie przyzwiczaił. No a wczoraj Atos mnie zaskoczył, bo się okazało, że uwielbia kocią karmę Kitekat. Wziełam trochę od mamy i dziś, jak nie chciał jeść swego śniadania, dałam mu na wierzch małą gastkę kociego żarełka i wtedy zjadł całą miseczkę i nawet dokładkę. :)
Niestety, wczorajszy powrót do domu zakończył się kwasem. Bo babcia, która z nami się zabrała strasznie długo się zbierała do drogi. Paweł się niecierpliwił. Wkurzało mnie to, bo te pół godziny w jedną czy drugą stronę nie zbawiłyby go. A on by chciał, że po daniu "gwizdka" do odjazdu, wszyscy po 5 minutach stoją na baczność gotowi do drogi. Potem jeszcze tata mnie zestresował otwierając drzwi, przez które wilczur wsadził do kuchni swój wielki łeb i przeżyłam chwilę grozy na myśl, że wepchałby sie do środka i rzucił się na Atosa. To taki wielki wilczur, który taty się za bardzo nie słucha. Krzyknęłam, żeby zamknął drzwi. Fakt- krzyknęłam może zbyt głosno. Ale za to tyrada ojca potem o moich manierach to już było przegięcie. Pakowaliśmy się do samochodu w nerwach, jeszcze Paweł spuścił mi na bark klapę od bagażnika i dziś boli mnie ramię i mam siniaka :( Całą drogę nic nie gadaliśmy, tylko babcia bredziła coś o pogodzie.
Jak sobie przypomnę, to mnie smutek i złość ogarniają. A dziś...siedzę sama. Misiek pojechał do rodziny, na chrzciny. Też byłam zaproszona (nie osobiście, ale przez Pawła), ale nie miałam ochoty spędzać kolejnego dnia przy stole, wśród niemal obcych mi osób, wracać wieczorem, zamiast wypoczęta, to zmęczona. Może odwiedzi mnie dziś koleżanka? A jak nie, to mam co robić. Trochę pisania mnie czeka. W ogóle nie czuję, że są święta. Jakie święta w ogóle??
Tylko dni wolne od pracy, wcale przy tym nie radosne. Ogólnie to kijowo się czuję :(

