Czwartek, 16 Lutego 2006

Ciąg dalszy przygotowań

Mój blog ma być w założeniu kroniką przygotowań ślubnych i weselnych. Zapisem myśli, uczuć. Miejscem do zwierzania się z problemów i radości. Na pomysł pisania wpadłam chyba miesiąc temu, ale dopiero teraz zebrałam się w sobie. I oto piszę.
Skończyłam na spotkaniu naszych rodziców, a oto, co było dalej.

15 stycznia zaczęliśmy chodzić na nauki przedmałżeńskie do mojego kościoła. Nie spodziewałam się żadnych rewelacji i słusznie. Nudy, pnownie odkrywanie tego, co już od dawna wiadomo, smrodek dydaktyczny, wtręty o homoseksualistach, udowadnianie, że kobieta była przyczyną upadku ludzkości, a winę za upadek męża ponosi każdorazowo "niewiasta", jego żona, której zadaniem jest opiekować się mężczyzną.
Przy -30 stopniach na dworze, w kościele było niewiele cieplej. Cud, że nam tyłki nie przymarzły do ławek. Ale wiemy, że to konieczne, bo ślub chcemy mieć konkordatowy i trzeba się pewnym procedurom poddać. Czytalam, że w innych miastach Dominikanie prowadzą tzw. Wieczorki dla zakochanych, które sa rodzajem kursu, uznawanym przez Kościół, ale bardziej przypominają warsztaty psychologiczne. Coś takiego bardziej by mnie interesowało, niż 40 minutowe wykłady, w których co tydzień inny ksiądz wygłasza monolog używając infantylnej retotyki, porównań typu "Przykazania Boże są tym samym dla człowieka, czym przepisy ruchu drogowego dla kierowcy".
No, proszę księdza, nigdy bym się nie domyśliła! ;-)

Zdaje się, że 21 stycznia była u nas kolęda. Przyszedł młody ksiądz, którego wcześniej nie widziałam, ale cóż w tym dziwnego, wszak nie jestem gorliwą parafianką. Na kolędzie była moja babcia i mój narzeczony, od tej pory chyba będę nazywać go Miśkiem. I ksiądz od razu wypalił z pytaniem "Czy wy młodzi mieszkacie razem?" A ja od razu wypaliłam z kłamstwem, że skądże znowu, narzeczony mnie tylko odwiedza. Znaczy się do grzechu cudzołóstwa dołożyłam grzech kłamstwa... Trochę mi głupio, ale tak mnie zastrzelił, na dzień dobry.
Pozytywnym aspektem kolędy było umówienie się na rozmowę w sprawie mojego bierzmowania. Ma byc już w marcu. Za świadka wezmę Miśka, tylko jakie imię wybiorę...?

W tym samym czasie mniej więcej poszlismy za radę teściowej obejrzeć jeszcze jeden lokal na drugim krańcu miasta, o którym wieść gminna niesie, że bardzo fajnie i niedrogo urządzają wesela. Spotkaliśmy się z panią Krysią, która trzęsie całym tym przybytkiem i od razu podbiła nasze serca swą energicznością, szerokim uśmiechem i ceną 70 zł od osoby łącznie z dekoracją sali. :-)
Na podpisanie umowy umówiliśmy się za dwa tygodnie. Do czasu podpisania umowy z panią Krysią, postanowiliśmy informować poprzedniego lokalu o naszej rezygnacji- całe szczęście umowa jeszcze nie była podpisana, a zaliczka nie wpłacona.
Czas oczekiwania na umowę z lokalem wypełniliśmy sobie szukaniem muzyki, fotografa i obrączek.

Najszybciej znaleźliśmy fotografa, bo poprzez ogłoszenie w internecie. Jesteśmy zgodni co do tego, że zdjęcia są najpiękniejszą pamiątką ślubną. Nie zastąpi ich najlepszy film, który obejrzy się kilka razy (przewijając przydługie sceny zjadania kotleta przez ciotkę Gertrudę, czy wygibasów wujka Stacha na parkiecie ;), a potem taki filmik kończy służbę w zaszczytnej randze pułkownika :)
O zdjęciach też mamy inne, niż tradycyjne poglądy, że musza być szczere, a nie pozowane. Nasz fotograf jest artystą-amatorem. Widzieliśmy album jego zdjęć na internecie (potem pokazał nam więcej zdjęć przy spotkaniu). Z resztą, to nie tajemnica- zapraszam na stronę www.yacekk.prv.pl gdzie znaleźć można portfolio autora oraz odnośniki do wirtualnego albumu jego mniej tradycyjnych, eksperymentalnych prac.
3 lutego podpisaliśmy umowę z p. Jackiem na wykonanie około 300 fotografii, które dostaniemy na płycie. Z czego 100 zdjęć w formacie 13X18 dostaniemy już gotowe do wklejenia do albumu. Zdjęcia będą miały charakter reportażowy: w kościele, podczas składania życzeń, krótka sesja pod kościołem, toast, pierwszy taniec. A kilka dni po ślubie sesja plenerowa. Kilka dni temu na forum e-wesele nawiązałam znajomość z dziewczyną z moich okolic (pozdrawiam Monikę!!) i przypadkiem opowiedziałam jej o fotografie i okazało się, że ona zna tego pana (jest z jej miasta!), zna też pary ze zdjęć ślubnych z jego portfolio. Czyli, fotograf zyskał na wiarygodności.
W dniu slubu, chyba przed uroczystością, pomkniemy też na chwilkę zrobić sobie zdjęcia w studio, ale najwyżej 6 ujęć, także ze świadkami, a może mniej, niż 6? Kto wie.

Następna w kolejce była muzyka. Nie obyło się bez zgrzytów. Ba! Były to przelotne burze z wyładowaniami. Orkiestry weselne kojarzą mi się z tandetną, wiejską muzyką, zupełnie nie w moim guście. Początkowo miał nas zabawiać DJ i wodzirej w jednej osobie. Miałoby to tę zaletę, że nie ryzykujemy fałszywych tonów, dostajemy bardzo zróżnicowany repertuar, w najlepszym, bo oryginalnym brzmieniu, gardła się śpiewakom nie zdzierają, nie trzeba robić przydługich przerw kondycyjnych. No i oczywiście płacimy 1/3 tego, czego żąda przeciętny zespół!
Ale Miśko uparł się na orkiestrę. Myślę, że to głównie sprawka jego rodziców, którzy mają bardzo tradycyjne pojęcie o ślubach i weselach i chcą nas przekonać na swoją, ludowo- folklorystyczną modłę. Nie chciałam robić scen, stawiać za wszelką cenę na swoim i zgodziłam się na orkiestrę, pod warunkiem, że przesłuchamy kilka zespołów.
Jeden przesłuchaliśmy w necie (mieli stronę z nagraniami), kilka zespołów odpadło z uwagi na zajęty termin, dwa zespoły dostarczyły płyty DVD, jeden zaprosił nas na swój występ na wieczorek taneczny do sanatorium, a jeden na swoją próbę, gdzie ostatecznie nie dotarliśmy, bo wygrał zespół, na którego wystepie byliśmy.
Po jego obejrzeniu i wysłuchaniu, jestem bardziej spokojna niż zdenerwowana, ale nigdy nic nie wiadomo... Wypowiem się konkretnie, jak już wykonają swoją robotę.
6 lutego podpisaliśmy z nimi umowę, ustaliliśmy nasze wstępne oczekiwania, Miśko wpłacił zaliczkę. Muzyka na weselu będzie nas (a w zasadzie narzeczonego) kosztowała 1300 zł.

Okazało się, że z powodu braku terminu w lokalu pani Krysi, nasz ślub musimy przełożyć z 5 sierpnia na 29 lipca. Raptem tydzień wcześniej. Niewielka różnica, bo lokal zapowiada się milutko. Jest, na najważniejsze duża sala. Goście nie będą się tłoczyć przy stołach, ani na parkiecie. Zapraszamy blisko 50 osób, a sala przewidziana jest na 100. Urządzenie sali zdradza jej przystosowanie do takim imprez, jak nasza, z resztą niemal co tydzień odbywają się tam wesela, a latem nie ma już gdzie szpilki wcisnąć, każda sobota zajęta. Ludzie rezerwuja terminy na 2 lata w przód.
Nie zrwóciliśmy wcześniej uwagi na to miejsce, ponieważ znajduje się dość daleko od kościoła i położony jest w mało atrakcyjnym budynku- ot taka szara PRL'owska budowla, jakich wiele straszy do dziś. Ale sala jest wyremontowana i wygląda porządnie, współcześnie. Widzieliśmy ją na żywo przystrojoną na wesele (dekoracje wliczone w cenę) i wygląda całkiem, całkiem... Moja tylko w tym głowa, by zazyczyć sobie odpowiadający mi kolor balonów i dodatków na stół.
11 lutego podpisaliśmy umowę z panią Krysią. Przy okazji okazało się, że jest ona sąsiadką z klatki obok mojego Misia (tzn. wtedy, kiedy mieszkał jeszcze z rodzicami). Jestem więc spokojna... bo naprawdę wiele osób poleca jej usługi.

Posted by Pani Groszek at 11:35:50 | Permanent Link | Comments (2) |
Komentarze
1 - lipiec a gdzie literka "r" ? :( (Comment this)

Written by: Viola at 2006/03/27 - 11:33:57
2 - Ja tam nie wierzę w przesądy, moja Droga :) Nic a nic! poza tym to chyba chodzi o literkę R w alfabecie łaciskim, a sierpień u nich to august, więc literki R też nie ma. (Comment this)

Written by: Panna Groszek at 2006/03/27 - 12:07:07
Write a comment