Jak to wszystko się zaczęło
Poznaliśmy się 23 listopada 2001 roku. Od razu coś zaiskrzyło, ale zanim staliśmy się oficjalnie parą minęło jeszcze ponad pół roku. Początek naszej miłości mogę określic, jako największą magię swego życia. Tęsknota, początkowe sekretne spotkania, szalone, nieprzespane noce, uzależnianie się od swej obecności i pożądanie, jakiego myślałam, że nigdy nie doświadczę.
Mimo różnych przeszkód, wbrew rozsądkowi i różnorakich postanowień, wciąż ciągnęło nas do siebie i w końcu oboje przyznaliśmy to przed sobą, że musimy być razem.
Teraz pominę kilka ładnych lat i przejdę do:
23 grudnia 2005 roku. Tuż przed samą Wigilią zaręczyliśmy się. Nie było to dla mnie niespodzianką, ale chwilą najbardziej utęsknioną. Z całowitą pewnością, bez cienia wątpliwości i przepełniającym mnie uczuciem, powiedziałam "TAK". Moje marzenie się spełniło, a na dowód tego najpiękniejszy złoty pierścionek, jaki mogłabym sobie wymarzyć lśni na moim serdecznym palcu. Ach, jakże byłam szczęśliwa!! Następnie wypadki potoczyły się bardzo szybko.
25 grudnia 2005 mój wybranek przyjeżdża do moich rodziców i oznajmiamy im radosną nowinę, następnego dnia tę samą wieść przekazujemy rodzinie narzeczonego. Wszyscy nam gratulują.
27 grudnia Zaczynamy myśleć o dacie i formie przyjęcia weselnego. Optujemy za niedrogim przyjęciem dla najbliższej rodziny i chrzestnych, w sumie około 25 osób. Upatrzyłam zabytkowy lokal rzut beretem od kościoła, a przy okazji 10 minut spacerkiem od naszego mieszkania. Oby się udało!
28 grudnia ustalamy termin ślubu na 5 sierpnia 2006 i kontaktujemy się z proboszczem naszej parafii. Na przyjacielskim spotkaniu w kawiarni oznajmiamy nasze plany znajmoym, którzy także nam gratulują, ale nie okazują zdziwienia ;-)
31 grudnia Sylwester spędzony w nowiutkiej kawiarni, trochę za bardzo kameralnej. Ale i tak jesteśmy szczęsliwi, że jesteśmy razem, a ja podsumowuję 2005 rok, który okazał się być dla mnie bardzo łaskawy. Na studiach same sukcesy, znalazłam pracę- bez znajomości (w moim mieście to sukces!), uczniowie mnie lubią i najważniejsze- mężczyzna mego życia zaręczył się ze mną :-) Czego chcieć więcej.
Pierwszy tydzień stycznia 2006 upłynął nam na rozglądaniu się w ofercie lokalowej pod kątem wesela. Pewne opcje szybko upadły, np. z powodu budzącej wątpliwości obsługi, wygórowanych kosztów i tak dalej. Upadła moja wersja przyjęcia weselnego w zabytkowej herbaciarni, ponieważ okazało się, że do ceny wynajęcia sali (kilkaset złotych) będziemy musieli doliczyć koszt każdej zamówionej herbaty czy kawy (reszta posiłków miała pochodzić z cateringu najstarszej restauracji w mieście). Właściciel herbaciarni był nieugięty w tej kwestii, nie znosi żadnej herbaciano- kawowej konkurencji w swoim królestwie. A koszt jednej herbaty czy kawy wyliczył na 4 zł od filiżanki. Na coś takiego nie mogliśmy się zgodzić. Pomysł upadł.
Ciekawa jestem, jak mielibyśmy sprawdzić, ile rzeczywiście kaw czy herbat wypili nasi goście?? Przecież niepodobna jest ogarnąć to wszystko!
8 stycznia 2006 Oficjalne spotkanie naszych rodziców. Moi rodzice zaprosili ich do siebie na obiad, po to by poznać się lepiej i uzgodnić coś w sprawie naszego ślubu. No i ustalili- po pierwsze z małego przyjęcia ma się zrobić całonocne wesele (co do poprawin, jeszcze nie wiemy). Gości może być nawet ponad 40. Nie bardzo mi się to spodobało, bo dla mnie szkoda pieniędzy na zapraszanie rodziny, z którą nie utrzymuje się kontaktów, którą spotka się jedynie przypadkiem, np. na 1 listopada... Jedno dobrze- za gości płacą rodzice. Każdy za swoją rodzinę.
Przy okazji nastąpił wybór lokalu. Sala bufetu miejskiego ratusza. O tyle mi się ten pomysł spodobał, że blisko kościoła- można weselników popędzić pieszo, no i ratusz mamy piękny. Nie byłoby wstydu.
Były jednakże pewne minusy. Jak wybraliśmy się na oględziny lokalu (ja, przyszła teściowa i przyszła szwagierka) buchnął nam w nozdrza ostry zapach bigosu, co mnie skutecznie zraziło na samym wstępie do tej garkuchni. Aczkolwiek właściciel bufetu pokazał liczne zdjęcia z imprez weselnych, wystrój sali, przykładowe menu. Cena miała się wahać od 80 do 90 zł za gościa, bez ciast, napojów chłodzących i alkoholi.
Co mi się nie podobało najbardziej, to to, że to lokal jest w sumie mały. Aby można było w miarę swobodnie tańczyć, musiałoby byc nie więcej niż 30 gości... przy 40 robił się problem....
Mimo różnych przeszkód, wbrew rozsądkowi i różnorakich postanowień, wciąż ciągnęło nas do siebie i w końcu oboje przyznaliśmy to przed sobą, że musimy być razem.
Teraz pominę kilka ładnych lat i przejdę do:
23 grudnia 2005 roku. Tuż przed samą Wigilią zaręczyliśmy się. Nie było to dla mnie niespodzianką, ale chwilą najbardziej utęsknioną. Z całowitą pewnością, bez cienia wątpliwości i przepełniającym mnie uczuciem, powiedziałam "TAK". Moje marzenie się spełniło, a na dowód tego najpiękniejszy złoty pierścionek, jaki mogłabym sobie wymarzyć lśni na moim serdecznym palcu. Ach, jakże byłam szczęśliwa!! Następnie wypadki potoczyły się bardzo szybko.
25 grudnia 2005 mój wybranek przyjeżdża do moich rodziców i oznajmiamy im radosną nowinę, następnego dnia tę samą wieść przekazujemy rodzinie narzeczonego. Wszyscy nam gratulują.
27 grudnia Zaczynamy myśleć o dacie i formie przyjęcia weselnego. Optujemy za niedrogim przyjęciem dla najbliższej rodziny i chrzestnych, w sumie około 25 osób. Upatrzyłam zabytkowy lokal rzut beretem od kościoła, a przy okazji 10 minut spacerkiem od naszego mieszkania. Oby się udało!
28 grudnia ustalamy termin ślubu na 5 sierpnia 2006 i kontaktujemy się z proboszczem naszej parafii. Na przyjacielskim spotkaniu w kawiarni oznajmiamy nasze plany znajmoym, którzy także nam gratulują, ale nie okazują zdziwienia ;-)
31 grudnia Sylwester spędzony w nowiutkiej kawiarni, trochę za bardzo kameralnej. Ale i tak jesteśmy szczęsliwi, że jesteśmy razem, a ja podsumowuję 2005 rok, który okazał się być dla mnie bardzo łaskawy. Na studiach same sukcesy, znalazłam pracę- bez znajomości (w moim mieście to sukces!), uczniowie mnie lubią i najważniejsze- mężczyzna mego życia zaręczył się ze mną :-) Czego chcieć więcej.
Pierwszy tydzień stycznia 2006 upłynął nam na rozglądaniu się w ofercie lokalowej pod kątem wesela. Pewne opcje szybko upadły, np. z powodu budzącej wątpliwości obsługi, wygórowanych kosztów i tak dalej. Upadła moja wersja przyjęcia weselnego w zabytkowej herbaciarni, ponieważ okazało się, że do ceny wynajęcia sali (kilkaset złotych) będziemy musieli doliczyć koszt każdej zamówionej herbaty czy kawy (reszta posiłków miała pochodzić z cateringu najstarszej restauracji w mieście). Właściciel herbaciarni był nieugięty w tej kwestii, nie znosi żadnej herbaciano- kawowej konkurencji w swoim królestwie. A koszt jednej herbaty czy kawy wyliczył na 4 zł od filiżanki. Na coś takiego nie mogliśmy się zgodzić. Pomysł upadł.
Ciekawa jestem, jak mielibyśmy sprawdzić, ile rzeczywiście kaw czy herbat wypili nasi goście?? Przecież niepodobna jest ogarnąć to wszystko!
8 stycznia 2006 Oficjalne spotkanie naszych rodziców. Moi rodzice zaprosili ich do siebie na obiad, po to by poznać się lepiej i uzgodnić coś w sprawie naszego ślubu. No i ustalili- po pierwsze z małego przyjęcia ma się zrobić całonocne wesele (co do poprawin, jeszcze nie wiemy). Gości może być nawet ponad 40. Nie bardzo mi się to spodobało, bo dla mnie szkoda pieniędzy na zapraszanie rodziny, z którą nie utrzymuje się kontaktów, którą spotka się jedynie przypadkiem, np. na 1 listopada... Jedno dobrze- za gości płacą rodzice. Każdy za swoją rodzinę.
Przy okazji nastąpił wybór lokalu. Sala bufetu miejskiego ratusza. O tyle mi się ten pomysł spodobał, że blisko kościoła- można weselników popędzić pieszo, no i ratusz mamy piękny. Nie byłoby wstydu.
Były jednakże pewne minusy. Jak wybraliśmy się na oględziny lokalu (ja, przyszła teściowa i przyszła szwagierka) buchnął nam w nozdrza ostry zapach bigosu, co mnie skutecznie zraziło na samym wstępie do tej garkuchni. Aczkolwiek właściciel bufetu pokazał liczne zdjęcia z imprez weselnych, wystrój sali, przykładowe menu. Cena miała się wahać od 80 do 90 zł za gościa, bez ciast, napojów chłodzących i alkoholi.
Co mi się nie podobało najbardziej, to to, że to lokal jest w sumie mały. Aby można było w miarę swobodnie tańczyć, musiałoby byc nie więcej niż 30 gości... przy 40 robił się problem....


pozdrawiam (Comment this)