Wtorek, 29 Sierpnia 2006

To już miesiąc O_O

Dziś mija równy miesiąc od naszego ślubu! Boże, jak ten czas leci! Nie mogę w to uwierzyć. Wspomnienia są tak żywe, jakby to było najwyżej tydzień temu. Szkoda mi strasznie, że już po wszystkim Cry. Prawda, że przed ślubem było dużo stresu i było to męczące, ale 29-go lipca niosła mnie taka euforia, że czułam się, jakbym nie chodziła po ziemi, lecz unosiła się 5 centymetrów nad nią. Gdy zamknę oczy przewija mi się  taki film: siedzę u fryzjera (gdzieś tak właśnie równo o tej porze wyszłam spod suszarki), wracam do domu, kapię się, malują mnie, ubieram mnsięie, przyjeżdża rodzina, następnie narzeczony, błogosławieństwo, jedziemy do kościoła, podpisujemy protokół, zaczyna się msza... ślubowanie, wymiana obrączek. 

Wzruszam się w tej chwili. Chciałabym przeżywać ten dzień jeszcze wiele razy. Jednocześnie ogarnia mnie smutek, że tyle pięknych chwil już za nami,  a zarazem czuję szczęście i spełnienie, że jestem już żoną mojego męża. Nasz związek wystawiany na ciężkie próby przedślubnych stresów, rozkwitł jakby na nowo, choć nigdy nie był uschnięty, ale uczucia wyraźnie odżyły. Znów co rano nie chcemy się z sobą rozstawać i nie możemy się doczekać tego wczesnego wieczoru, kiedy on wraca z pracy i zasiadamy do obiadu i omawiamy mijający dzień.

Najbardziej cieszy mnie, że mamy tak wiele wspólnych planów. Idziemy jedną drogą, wspierając się, troszcząc się o siebie. Kochamy się.


 

Posted by Pani Groszek at 11:01:56 | Permanent Link | Comments (0) |

Wtorek, 22 Sierpnia 2006

Podróży poślubnej dzień 2. i 3.

U Margolci spędziliśmy trochę więcej czasu, niż planowaliśmy. Cóż, kiedy było tak miło, a ona zapowiedziała, że bez obiadu nas nie wypuści :) Zostaliśmy do 15. Następnym punktem wycieczki miał byc Toruń. U Margolci sprawdziliśmy w necie adresy schronisk młodzieżowych i internatów, bo w takim miejscu zamierzaliśmy się zatrzymać. Miasto o. Rydzyka powitało nas niesamowitymi wybojami i koleinami na drogach. Całe szczęście, że mielismy mapę miasta, więc bez problemu trafiliśmy do centrum. Zaparkowaliśmy koło kościoła św. Katarzyny i polecieliśmy go obejrzeć. W ciągu całej tej wycieczki byliśmy w mnóstwie świątyń i z czasem przestały na nas robić takie kolosalne wrażenie, ale św. Katarzyna zrobiła. Zwłaszcza jej piękne witraże i wysokie sklepienia. W naszym mieście takich nie ma ;) 

Następnie weszliśmy w zamknięty dla ruchu obręb starego miasta. Urzekały nas ślicznie odnowione kamienice, wspaniałe sztukaterie, dobór kolorów. Starówka Torunia jest naprawdę ładna. Pokręciliśmy się tu i tam, ale robiło się późno. Za późno na prawdziwe zwiedzanie- to mieliśmy zamiar nadrobić następnego dnia. Mieliśmy nadzieję na rejs Katarzynką, ale spóźniliśmy się o kwadrans. No, ale Wisłę widzieliśmy (przesladowała nas ona przez całą wycieczkę) i widzieliśmy zabawne cytaty z "Rejsu" wymalowane na murach przy nadbrzeżu rzeki. Mamy zdjęcia z całej wycieczki, więc pewnie też nie obejdzie się bez wklejenia kilku(nastu). Zaczynała się wieczorna szarówka, kiedy zjedliśmy kolację w "meksykańskim" barze praktycznie pod pomnikiem Kopernika. Tortille wyglądały i smakowały jak najzwyklejsze w świecie naleśniki. Zawiodłam się.

Było po 21, jak dojechaliśmy na miejsce noclegu. Był to Fort IV. Stara, bo XIX wieczna budowla militarna wojsk pruskich, jedna z wielu tego typu w Toruniu. Wjeżdżało się za żelazną bramę do ziemnej niecki wzmocnionej murami. Po środku placu stały jakieś stare zaniedbane samochody ciężarowe, jakieś działo wojskowe. Potem była fosa i wchodziło się do fortu. Do dziś nie mogę uwierzyć, że tam spaliśmy! W środku zupełna asceza, zwykłe pobielone mury. Kiepskie koszary- można powiedzieć. Wszędzie wilgość. Umywalnie wspólne na 6 osób conajmniej. Jakaś świetlica z migającym telewizorem, przywodząca na myśl czasy komuny. Kible (bo inaczej tego nie nazwę) też po prostu za jakimiś przepierzeniami. Nasz "pokój", a raczej cela, mieścił się poniżej poziomu gruntu i była to klitka bez okna. Facet włączył nam grzejnik, co w połączeniu z wilgocią sączącą się z piwnicy dało efekt cuchnącej łaźni. 

Wnętrze widać, że było świeżo oddane do użytku. Pomalowane, nic nie zniszczone (ale chyba wielu gości tam nie mają), łóżka -metalowe prycze. Złączyliśmy je i zasypiając marzyłam tylko, aby przespać całą noc i jak najszybciej stamtąd wyjechać. Jak sie obudziłam, to nie wiedziałam, która jest godzina, bo jak wspomniałam, nie było w tej naszej celi (1,5m x 2,5 m) okna. Zapaliliśmy światło- dochodziła 7. Nasze koce, które przynieśliśmy z samochodu były wilgotne, to samo z wszystkimi ubraniami i pościelą. Ze wstrętem poszliśmy na siku- o myciu czegoś więcej niż zęby i twarze nie było mowy. Wynieśliśmy się z tej nory niemal w popłochu, śniadanie zjedliśmy w samochodzie. Lał deszcz, a na dodatek ktoś ukradł Pawłowi antenę od radia. Mimo, że parking był strzeżony, za bramą.

Przez ten parszywy nocleg (24 zł od osoby!) i deszcz odechciało nam się zwiedzac Toruń. Ruszyliśmy w drogę. Wiedzieliśmy, że na pewno chcemy zobaczyć Kazimierz Dolny nad Wisłą. A do niego był kawał drogi! Pilotowałam Pawła korzystając z naszego atlasu, zatrzymywaliśmy się na stacjach by uzupełnić paliwo i wypić kawę, coś zjeść.  Krajobrazy zmieniały się, zaczęły się drewniane chałupki, drogi robiły się coraz bardziej puste i wreszcie dojechaliśmy, późnym popołudniem cali i zdrowi, ale strasznie zmęczeni. Mieliśmy też spisany adres kilku internatów i w jednym był dla nas pokoik, zwany "apartamentem" duży, z łazienką, aneksem kuchennym, nowiutki, z małżeńskim łożem, radiem i telewizorem (jakby się komuś nudziło). Wzięliśmy kąpiel, walnęliśmy się na łóżko, wniebowzięci. :)

Posted by Pani Groszek at 16:21:29 | Permanent Link | Comments (0) |

Nasza podróż poślubna- dzień 1. i jedna druga

Pomysłów na naszą podróż poślubną było kilka. Jeszcze w lutym, marcu snułam plany wyjazdu na wycieczkę zagraniczną, przeglądałam oferty biur podróżny. Interesowała nas wycieczka objazdowa, np. Szwajcaria i Austria, południowa Francja, Szkocja. Niestety, wakacje to okres najwyższych cen na wszystko. Chcieliśmy dłuższy wyjazd przynajmniej 10 dniowy. Jak policzyliśmy ile by nas to wyszło, nawet w ofercie "first minute", wyszło za drogo. Do tego dochodziła niepewność o urlop Pawła, bo latem w jego firmie jest najwięcej pracy i planowanie urlopu z takim wyprzedzeniem nie wchodziło w rachubę. Wyjazd za granicę odwiesiliśmy na kołek. Z biegiem miesięcy wyklarowała się idea zwiedzenia Polski. Nie miałam nic przeciwko temu. Raz, że Polskę oboje mało znamy (ja trochę więcej, przynajmniej te kluczowe miejsca), dwa, że można jechac własnym samochodem, więc jest się niezależnym, trzy, że jest taniej. Można się samemu taniej wyżywić, zdecydować o noclegu i tak dalej.

Paweł dostał ponad dwa tygodnie urlopu w związku ze ślubem. W środę rano 1. sierpnia spakowaliśmy manatki, Atosa odwieźliśmy do teściów, rybkom zapowiedzieliśmy post, chomika z klateczką zawieźliśmy do moich rodziców i ruszyliśmy w drogę. Mieliśmy plan tylko na ten jeden dzień. Żadnej konkretnej marszruty nie obraliśmy, nigdzie nic nie rezerwowaliśmy, postanowiliśmy reagować na bieżąco na nasze chęci i pogodę. 

Pierwszym celem był Malbork, ok 3 godziny jazdy od nas. Gdy zajechaliśmy zdziwiło nas, jak ogromne tłumy się tam przewalają. Inaczej zapamiętaliśmy to z czasów podstawówki ;) Kolejka "kilometrowa" do kasy, ale posuwała się szybko. Ceny biletów już nie pamiętam, ale nie były tanie, na szczęście z wliczonym przewodnikiem. Dostał nam się Jeleń. Serio- ten pan miał tak na nazwisko. Starszy i energiczny, widać, że zęby już zjadł na latach oprowadzaniu po zamku. Bardzo ciekawie i szybko mówił. Jako nieliczna z grupy zadawałam mu pytania, gdy tylko zdążyłam między jednym a drugim potokiem jego słów. Poza czysto historycznymi sprawami interesowała mnie także praca przewodnika. Byłam lekko zszokowana, kiedy powiedział mi, że w sezonie każdego dnia na zamku oprowadza około 200 przewodników! On sam tego dnia robił z nami trzecią, ostatnią tego dnia rundę, a każda trwa ok 3,5 godziny. Toż to turystyczna fabryka! Zamek oczywiście spodobał mi się, bardziej świadomie zwiedzałam go teraz niż mając 12 lat. Czułam niedosyt. Najchętniej pochodziłabym z tym Jeleniem ze trzy dni i wtedy może dowiedziałabym się chociaż 30% tego, co on wiedział. Facet po prostu zdumiewał swoim obyciem. Mijaliśmy się z innymi grupami i miałam okazję podsłuchać, jak oprowadzał jeden młody, wyżelowany przewodnik, ten to dopiero stękał, jakby noc wcześniej z książki wkuwał - niebo a ziemia! 

Po wyjeździe z Malborka ruszyliśmy do Grudziądza, gdzie mieszka nasza koleżanka, Margolcia. Ta, co była u nas na ślubie i weselu. Bardzo miło nas przyjęła, nocowaliśmy u niej, a następnego dnia gospodyni pokazała nam miasto, zwłaszcza jego starą część ze spichrzami, pod którymi właściwie mieszka. W Grudziu byłam tylko raz, na początku studiów, miło było zobaczyć to miasto jeszcze raz i w dodatku odwiedzić bliską koleżankę! Paweł też był oczarowany, nie tak bardzo miastem, jak miłym przyjęciem przez Margolcię. Oj ma się ten sentymencik ;)

Posted by Pani Groszek at 15:42:27 | Permanent Link | Comments (0) |

Wtorek, 15 Sierpnia 2006

Trzecia i ostatnia część relacji ze ślubu oraz wesela.

Kiedyś jedna dziewczyna napisała mi, że idąc do ołtarza nie widzi się twarzy ludzi, tylko kwiaty wzdłuż ławek i ołtarz. U mnie to się nie sprawdziło. Szliśmy za księdzem, Pawełek dość poważny (widać to teraz na zdjęciach), ja z promiennym uśmiechem, patrzyłam na zebranych gości. Większość odwracała za nami głowy, pstrykali zdjęcia, patrzyli życzliwie. Czuło się sympatię, także od osób, które widziałam pierwszy raz w życiu. Organista grał chyba marsz Mendelsona, ale nie będę się zakładać. Dość, że raczej wolałam się nie wsłuchiwać w muzykę, gdyż muzyk zwyczajnie fałszował. Jakoś nie mógł utrzymać rytmu... Sama go wybierałam i lekko się zdenerwowałam. Na szczęście kościół nie jest długi i nie musiałam długo cierpieć. Oczywiście fałszował także przy Ave Maria, a Canon in D Pachelbela zagrał, jak przedszkolak... jednak wolę tego nie pamiętać. ;)

Zabawne, ale najmniej ze wszystkiego pamiętam samą mszę. Wiem, że Kasia pilnowała mego welonu, kiedy siadałam, wstawałam, klękałam, że patrzyliśmy z Pawełkiem na siebie, szeptaliśmy sobie słowa otuchy, wyznania miłości. Że msza uspokoiła mnie, choć na moment przysięgi i wymiany obrączek (Pawełek ich jednak nie zgubił, tylko przed mszą grzecznie oddał kościelnemu) serce wyskakiwało mi niemal do gardła. Nie pamiętam kazania... a jedynie to, że było bardzo ciepłe i pozytywne. Ksiądz Andrzej wciąż zwracał się do nas, uśmiechał się i delikatnie wskazywał nam, co mamy robić.

A na początku mszy ksiądz opowiedział zabawną anegdotkę o pewnym kościele w Polsce (nie wiem, czy wymienił miasto), w którym podczas ślubów zasłania się napis po jednym z obrazów. Pod tym obrazem, przedstawiającym mękę Chrystusa, jest podpis: "Ojcze, przebacz im, albowiem nie wiedzą, co czynią". Wink Muszę przyznać, że ta historyjka rozluźniła nieco atmosferę, a zgromadzonym się spodobała, bo nawet na weselu chwalili księdza za poczucie humoru.

Przysięga: ksiądz zawiązał nam ręce stułą i czułam, że ręka Pawła drży. Pierwszy zaczął oczywiście Paweł i (o jeny!) patrzył na księdza, a nie na mnie! Ścisnęłam jego dłoń i "wrócił" do mnie. Dalej mówił patrząc na mnie. Ksiądz szeptał przysięgę tak cichutko, że tylko pierwsze rzędy to słyszały. Większość myślała, że mówimy z pamięci Laughing. Pamiętam, że mój mąż obawiał się, że z nerwów zacznie się jąkać, ale wypowiedział całą przysięgę pięknym, równym głosem. Serce mi urosło i poczułam, że zalewa mnie fala szczęścia i miłości, bo oto staję się jego żoną. Kiss Potem ja przysięgałam i patrzyłam wybrankowi w oczy, usmiechałam się (kuzyn powiedział, że obawiał się, że wybuchnę śmiechem) ale to był UŚMIECH szczęścia; do rechotania było mi bardzo daleko. Następnie "obrączkowanie". Już w domu przeprowadziliśmy próbę i okazało się, że Paweł może mieć trudności, by wepchnąć obrączkę na mój paluszek (trzeba sposobem- taka budowa). Na szczęście nie było gorąco, a ksiądz jeszcze poświęcił obrączki, szczodrze skrapiając je wodą, więc zakładaliśmy je właściwie mokre- bez trudu Smile.

Po zakoczeniu mszy, ksiądz wręczył nam jeszcze dyplom i chwilę z nami porozmawiał. Organista zaczął piłować już nie pamiętam co, a my usiłowaliśmy kontemplować to, co sie właśnie wydarzyło w naszym życiu. I wtedy właśnie goście powinni byli zacząć wychodzić, ale czas mijał (albo nam się tak dłużyło) a organista piłował i piłował, a goście jak tkwili w ławach tak tkwili, a przecież mieli wyjść przed nami, wziąć w łapki od świadków torebeczki z płatkami róż (załatwiane w ostatniej w sobote rano przez mego tatę) i czekać na nas przed kościołem (a nie wiedzieliśmy nawet, czy pada). Wreszcie ja i Pawełek, lekko skonsternowani, ruszyliśmy się z miejsc i ja zapomniałam "bukietu"- został na klęczniku. Teściowa dała znać Pawłowi i on się po niego wrócił- ze trzy metry, ale jednak. Wyszliśmy do kruchty.

Teraz dopiero zaczęli wychodzić goście. Trwało to w moim odczuciu godzinę. Kasia wręczała im białe torebeczki, na co się trochę dziwili. Okazało się, że deszcz nie pada, więc świadkowie skierowali wszystkich na dwór, niektórych musieli delikatnie powstrzymać od składania nam życzeń w kruchcie, bo dopiero zrobiłoby się zamieszanie! A przcież za chwilę miał być kolejny ślub i tamci już na pewno czekali. Wreszcie wyszliśmy i spadł na nas deszcz kolorowych płatków róż. Nasypało mi się ich za dekolt. :D Potem zaczęły się życzenia. Trwały i trwały. Sporo osób z rodziny męża poznałam właśnie wtedy. Przyszło kilka osób z mojego roku, były szef Pawła z żoną, kilka niespodziewanych osób. Nie zawiodła Monika (Olga z forum) -bardzo miło było ją zobaczyć tego dnia. A przecież miesiąc wcześniej ja byłam na jej slubie -jak to zleciało. Ale trochę osób mi brakowalo... zawiedli znajomi z liceum- nie licząc Marcina, liczyłam na trochę więcej osób z roku. Zabrakło jednej waznej osoby z rodziny. Ale zjawiło się także trochę niezapowiedzianych gości i to na wesele :) Np. miało nie byc dzieci, a jednak około piątki by się naliczyło. Nie było dla nich żadnych specjalnych atrakcji, bo nic nie wiedzieliśmy, że będą. Bo goście przy potwierdzaniu przybycia nic o dzieciach nie wspomnieli- podali tyle osób, ile zaprosiliśmy- samych dorosłych, znaczy. Pewnie, że dzieci są miłym akcentem, ale mimo wszystko... Ja nie przyszłabym niezapowiedzianie i nie wzięłabym niezapowiedzianych gości ze sobą. Są telefony- nawet w ostatnim tygodniu można było zadzwonić.

Cieszę się, że po życzeniach udało się świadkom "spędzić" gości do wspólnego zdjęcia. Pewnie ktoś tam się nie załapał, bo niektórzy jakby uciekali w popłochu, ale większość chyba jest uwieczniona. Wreszcie dano hasło gościom, by udali się do samochodów, a kto nie miał- do wynajętych taksówek, a ja z mężem poszliśmy z fotografem na zdjęcia, bo kościół leży w dość malowniczej okolicy. Kasia nie chciała pozować, postanowilismy namówić ją później, gdy wróci świadek, który pojechał w bliżej nieokreślonym celu, w bliżej nieokreślone miejsce. Undecided Po skończonej pierwszej serii zdjęć nastąpił zonk!- wchodząc po kamiennych schodach nadepnęłam sobie na halkę i zaliczyłam glebę. Na szczęście podparłam się rękoma, tylko, że na sukni pojawiły się mokre, miejscami szarawe, poprzeczne plamy, w miejscach, gdzie kiecka zawierała brutalną znajomość ze schodami. Przy kolejnych zdjęciach wyszargałam doł sukni o mokry żwirek na ściezkach. Ludzie przystawali popatrzeć na młodą parę, a ja widziałam ich jakby zza szyby. Tak byłam szczęśliwa i pochłonięta pozowaniem do zdjęć. Wreszcie chcieliśmy zrobić zdjęcia ze świadkami, ale Igora ciągle nie było! Wreszcie Paweł zadzwonił do niego. Okazało się, że bracki pojechał do mnie do domu zawieźć koperty i wszystkie kwiaty! Trochę mu to zajęło wnoszenie etapami. Jak się wreszcie objawił, zrobiliśmy kilka zdjęć ze świadkami. Wreszcie zapakowaliśmy się do samochodu z Kasią, brat do swojego i ruszyliśmy na salę. 

Przed salą wiadomo, chlebek, sól i woda w kieliszkach (obu, bo tak sobie zażyczyliśmy). Kieliszeczki stłukły się malowniczo. Następnie kelnerki posypały nas foliowym serduszkowym konfetti, które musiało zostać z posypywania stołów. Oczywiście- z serduszkami na stołach to mój pomysł. Na sali Sam Pan, czyli szampan i pierwsze "Sto lat". Mieliśmy z Pawełkiem wielgachne kielichy i różowy Sam Pan w nich. Stukaliśmy się chyba z każdym (taka tradycja, choć wiem, że ponoć nieelegancko jest się stukać).

Wreszcie odsapnęliśmy, kiedy poproszono nas na obiad i mogliśmy choć trochę zejść ludziom z oczu chowając się chociaż do połowy za stołem. Chwalę dzień, w którym zrezygnowałam z wizytówek, bo jak pisałam wcześniej kogoś z rodziny zabrakło, inna osoba niespodziewanie się pojawiła, zamiast jednego wujka, przyszła bez powiadomienia jedna ciocia, naszło się nie wiadomo skąd dzieciaków. Jakby na stołach stały wizytówki, to dopiero zaczęłoby się zamieszanie. A tak, wszyscy w miarę sprawnie posadzili się sami. Zaczęliśmy jeść (smaczne było- jak z resztą WSZYSTKO, co nam tej nocy podano na stoły), a po jakims czasie przyszedł pan z orkiestry i poprosił świadka o toast, ale... świadka NIE BYLO! Igor zniknął ponownie, nie wiadomo gdzie!!! Wreszcie toast wygłosiła Kasia, a od taty dowiedziałam się, że właśnie tata kazał mu wrócić się do domu po kwiaty, bo na sali stały puste wazony przygotowane na nie. Co za paranoja! Świadek powinien zapytać mnie i Pawła, a nie słuchac się tatusia. Poza tym po co zawoził te kwiaty do domu (też nas nie zapytał- posłuchał się ojca) i jak już koniecznie chciał je przywieźć, to powinien był to zrobić, jak się rozluźni, a nie wtedy, kiedy trzeba być na początku koło Pary Młodej. Wiem, że brat ma 19 lat, że pierwszy raz był świadkiem. Ale dzień wcześniej dokładnie wszystko omawialiśmy, co gdzie ma zawieźć, co ma robić, jak będzie wyglądał "scenariusz" wesela. Poza tym jego spóźnialstwem, nie mam więcej pretensji do niego. Wreszcie się objawił. Panie kelnerki powstawiały kwiaty do wazonów, Igor wygłosił drugi toast. A zanim obiad się skończył orkiestra przywitała każdego gościa z osobna przedstawiając go wszem i wobec z imienia, nazwiska i stopnia pokrewieństwa. Umówiliśmy się przed weselem, że na salę dostarczymy listę wszystkiech gości. Listę poprawiałam w ostatniej chwili podczas obiadu! Wymieniliśmy gości w kategoriach rodzice, swiadkowie, chrzestni, babcie, ciocie i wujkowie, kuzyni, przyjaciele. Gościom było miło, każdy wstawał lub pomachał. A jak ktoś był z dużą rodziną, to mieli nawet owacje na stojąco ;)

Następnym punktem programu był pierwszy taniec. Ostatecznie była do "Dumka na dwa serca". Ponoć ładnie odtańczona, ale kamery nie mieliśmy, więc na szczęscie ufam, że było ładnie (ćwiczyliśmy trochę) i się nie rozczaruję. :D Potem do kolejnego tańca została zaproszona reszta gości i jakoś przebrnęliśmy przez najbardziej stresujący moment wesela. Od razu napiszę: orkiestra spisała się na medal! Grali naprawdę dużo, w różnym stylu, przebierali się, przerwy się nie dłużyły, ładnie zbierali towarzystwo "do kupy", proponowali ciekawe konkursy. Po pierwszym bloku tanecznym goście usiedli, a na salę wjechał tort. Na szczęście ukroiliśmy (tzn. ja) tylko 4 kawałki dla rodziców, a dla reszty gości kroiły kelnerki. Bardzo dobrze, bo obawiałam się, że po moim krojeniu zabraknie tortu dla połowy gości ;) A kelnerki rozpracowały go tak sprytnie, że kawałek został nam nawet po weselu.

Teraz w telegraficznym skrócie opiszę dalszą część wesela: "gorzko gorzko" wołali nam chyba ze 20 razy, "sto lat" spiewano nam do ochrypnięcia :D. Nikt się nie upił brzydko, tylko jeden wujek spadł z krzesła, ale poza tym, było kulturalnie i została prawie połowa wódki i 3/4 wina. Wytańczyłam się tak, że około 3 nad ranem myślałam, że mi nogi odpadną. Ilekroć zasiadałam za stołem, podciagałam suknię, halkę i wietrzyłam się. Pończochy zdjęłam i zamieniłam na białe podkolanówki- strzał w 10! Oczepiny przebiegły sprawnie. Było zbieranie na wózek, bo męża rodzina zna i lubi ten zwyczaj. Z mojej rodziny prawie nikt nie zatańczył- nie znają tego, nie byli przygotowani. Ale na wózeczek się uzbierało :) Mieliśmy atrakcje w postaci występu Elvisa Presleya-przebrany członek orkiestry.

Wesele skończyło się około 4:30. Orkiestra wszystkich ładnie pożegnała, zagrali na koniec "przeżyj to sam". Goście wychodzili dziekując za udaną zabawę. Na razie żadne ploty do nas nie dotarły, więc mam nadzieję, że wszystkim rzeczywiście się podobało! Ja i mąż byliśmy wycieńczeni emocjami, długim dniem i tańcami. Marzyliśmy o kąpieli i łóżku. Ale do domku dane nam było dotrzeć dopiero około 6. Paweł pomógł mi zdjąć suknię i dopiero zobaczyłam, jak się wybrudziła- trochę zaczęłam się obawiać, jak to doczyszczę. Cały dół miał szary rąbek. Na szczęście nic się nie porwało, ani nie wylałam nic na siebie. 

Wykąpaliśmy się i przeczytaliśmy kartki z życzeniami. Kwiaty przewiezione z nów z sali ostatniem sił rozlokowałam w wiadrach. Runęliśmy na łóżko i zasneliśmy, jak kamienie. Koło południa wyrwał nas telefon- to wujek Pawła dzwonił i nagadał mu, że ma spłodzić syna, żeby nazwisko nie wygineło, bo jak do tych pór w rodzinie same córki. Tez sobie znalazł czas na genealogię! My ledwie żywi ze zmęczenia, a ten instrukcje na poranek poślubny wydaje! ;) Wstaliśmy uzupełnić elektrolity i zakąsić co nieco. Strasznie rozbolała mnie głowa, więc znów się położyłam i mąż też. Noc poślubna miała miejsce późnym popołudniem ;) A jak już wstaliśmy, pojechaliśmy po naszego Atosa (okazało się, że był bardzo grzeczny, więc hotel w razie czego, stoi otworem), a następnie do moich rodziców, gdzie jeszcze rezydowali moi chrzestni. Miło było powspominac wszystko na świeżo i obejrzeć pierwsze zdjęcia na kompie. 

Poniedziałek to dalsze dochodzenie do siebie. Upragniona wizyta u fryzjera! Bo już tych długich kłaków nie mogłam zdzierżyć. I pranie sukni- pani z salonu powiedziała, że mam się nie szczypać tylko normalnie w wannie wyprać ją w proszku do białego. Poskutkowało. Na wtorkową sesję fotograficzna suknia była bieluśka i pachnąca. Sesja była nad morzem, na torach i na łące. Świetnie się bawiliśmy. Była z nami moja szwagierka, która pilnowała nam pieska (za często pchał się w kadr) i też pstrykała nam fotki- przyznać muszę, że niektóre lepiej jej wyszły niż te robione przez naszego fotografa!

A w środę wyjechaliśmy w podróż poślubną, ale to już inna relacja. Cieszę się, że udało mi się to wszystko spisać i przeżyć niejako na nowo :) 

 

Posted by Pani Groszek at 22:23:41 | Permanent Link | Comments (0) |

Relacji z naszego ślubu 29 lipca część 2. i może ostatnia :)

Gdy wysiedlismy z samochodu zaczęło kropić. Nie dało sie stać na dworze, więc weszliśmy do kościoła. Byliśmy umówieni na 15:45 na podpisanie dokumentów. Pod kosciołem i w zakrystii stało już kilkoro gości. Te i następne chwile nieźle połechtały moją babską próżność, bo ludziska wytrzeszczały gały na odmienioną Anię. Hihi... słyszałam nawet na własne uszy, że wygladam wspaniale a nawet, że jak mała księżniczka Embarassed tak miał powiedzieć mój przyjaciel, Marcin do koleżanki Magdaleny. To wszystko może nie jest ważne, ale wziąwszy pod uwagę, ile przygotowań i starań poczyniłam by wygladać tego dnia najładniej, jak mogłam, można chyba zrozumieć, że takie komplementy bardzo mnie radowały. Napomknę również, że Pawełkowi też się "oberwało" miłych słów odnośnie jego prezencji. Trochę mnie wprawdzie zaskoczył uczesaniem na jeża, ale tak też mi się podobało. Było tak niecodziennie. 

Wracając do spraw ważniejszych: powoli z Kasią i przyszłym mężem posuwaliśmy się w stronę zakrystii i nawet widzieliśmy majączącą w tle sylwetkę księdza Andrzeja. Niestety, świadek- mój braciszek- spóźniał się. Nie pierwszy raz tego dnia, jak się miało okazać. Wreszcie objawił się w swojej krasie i weszliśmy do zakrystii podpisywać dokumenta. Igor miał mieć przygotowane pieniądze w kopercie dla księdza, ale oczywiście koperty mu się pomieszały, bo oprócz tego miał także kasę dla organisty i kierowcy. Musiał wyjść z zakrystii, poukładać sobie i wrócić. Stresowało mnie to, bo wydawało mi się, że wszystko się przeciąga. Dodatkowo martwiłam się, czy narzeczony mi nie zemdleje, bo poszarzał na buzi i był strasznie spięty. Tak już mamy, że ja przeżywam w ten sposób, że chodzę i gadam, jak nakręcona, a Paweł raczej markotnieje i powolnieje. Przy podpisywaniu dokumentów czułam, że zaczyna się NAJWAZNIEJSZE.

Teraz muszę napisać pean na cześć naszego księdza. Poznaliśmy go w styczniu, kiedy przyszedł po kolędzie. W porównaniu do proboszcza... to bez porównania. Byliśmy zdziwieni jego energicznością i swoistym "luzackim" zachowaniem. Potem zetknęłam się z nim przed bierzmowaniem, na które dał mi "skierowanie". Od razu mówił mi po imieniu, ciągle wtrącał "będzie spoko", "nie martw się, jest okey" i tego typu teksty. Potem dostałam od niego numer koma i na gg. Od tego czasu kilka razy "klikaliśmy". Następnie, w czasie nauk przedmałżeńskich stary proboszcz dał się nam we znaki, swoim zacofaniem, radiomaryjną propagandą i brakiem zrozumienia dla młodych ludzi. Nastepne przeboje ze zmianami godziny ślubu tylko nas utwierdziły, że chcemy księdza Andrzeja, jako tego, który poprowadzi naszą mszę ślubną. Niestety- stary proboszcz jest zaprzyjaźniony z rodziną mojego taty, on także mnie chrzcił, nazywa mnie swoja chrześniaczką i obawiałam się, że "po znajomości" będzie chciał wziąć się za nasz ślub. Do ostatniego tygodnia nie było wiadomo, czy uda się z Andrzejem (u nas w parafii nie można sobie wybierać księdza na ślub), ale już ja wierciłam delikatnie ks Andrzejowi dziurę w brzuchu i dawałam do zrozumienia, że bardzo zależy nam właśnie na nim! No i kilka dni przed ślubem oświadczył, że on będzie nam błogosławił.  Smile Ulżyło nam! Bo naprawdę, oprócz zwykłego starczego ględzenia i smęcenia, proboszcz lubi na ślubach prawić morały na temat homoseksualistów, a tego chieliśmy bardzo uniknąć, raz, że co to nas obchodzi... to ma być nauka dla nas, a nie straszenie Sodomą i Gomorą, a dwa, że mieliśmy wśród gości osobę homo i tym bardziej nie chciałam, aby gość miał poczuć się źle. Ups- rozpisałam się. Tonę w dygresjach! Help!

Ksiądz Andrzej był miły, opanowany i uśmiechnięty.  Po podpisaniu "cyrografów" poprosił nas, byśmy stanęli pod chórem i czekali, aż po nas wyjdzie. Trwało to kilka minut. W tym czasie poschodziło się coraz więcej ludzi. Wypatrywałam znajomych twarzy, dziwiłam się obcym (nieznana mi rodzina Pawełka). Fotograf Jacek pstrykał nam fotki (a propos... dziś nam dał na płycie, żebyśmy sobie wybrali 100 najlepszych do wywołania). Wreszcie podszedł ksiądz i oczywiście wyglądało to bardzo poważnie, jak mówił do nas i podawał nam krzyż do ucałowania. Ale tak naprawdę podnosił nas na duchu tym swoim "śmiesznym" "jest okey, nie martwicie się, będzie spoko". Ruszyliśmy w stronę ołtarza... 

c.d.n. 

 

Posted by Pani Groszek at 00:49:56 | Permanent Link | Comments (0) |

Niedziela, 13 Sierpnia 2006

Już po wszystkim... relacja z mojego ślubu cz. 1

Poniższą relację zaczęłam pisać 31 lipca :)  A dokończę, jak mi wena pozwoli.

Sobota 29 lipca 2006 roku przeszła już do historii. Dziwnie sie teraz czuję. Jednocześnie szczęśliwa i trochę zagubiona. Bo jak to... tyle miesięcy myślenia o jednym, życia głównie jedną sprawą i tak nagle PO WSZYSTKIM? Z drugiej strony ulżyło mi, bo przygotowanie wszystkiego kosztowało mnie dużo wysiłku, nerwów, cierpliwości, pomysłowości, zapobiegliwości, zaradności i innych ...ości. Za duzo, jak na jednego małego Groszka ;) Chyba nie pozostaje nic innego, jak opisać ze detalami TEN dzień:

Poszłam spać po 1szej w nocy! Wiedziałam, że się nie wyśpię i rzeczywiście- spać nie mogłam, w mej głowie przewalały się tabuny nieokiełznanych myśli. Wydaje mi się, że spałam chwilkę. Budzik nastawiony był na 7:30, ale ogromny stresior wyrwał mnie ze snu już o 5:30. Paweł spędzał ostatnią kawalerską noc u rodziców, a u mnie, w drugim pokoju nocowała moja świadkowa, Kasia. Nie budziłam jej, tylko powoli zaczęłam krzatać się po mieszkaniu, sprzątać troszkę, czytać forum, rozmyslać. Na śniadanie zjadłam dwie kostki czekolady, bo nic innego nie mogłam przełknąć. O 9:00 byłam już u fryzjera. Ku mojemu zadowoleniu poranek był pochmurny, a nawet leciutko kropiło, gdy wyszłam z domu. Martwiłam się, czy będę ładnie uczesana, bo po próbnej miałam kilka uwag i chciałam, by fryzjerka wzięła je pod uwagę. Na czesaniu czas upłynął mi do 11:40! Z czego 1h15m spędziłam pod wielką suszarką. Nie wiem, czy tyle było konieczne, ale babka sie uparła, że tak. Zauważyłam, że moje sugestie zostały wzięte pod uwagę i od fryzjerki wyszłam o wiele bardziej zadowolona niż za pierwszym razem.

W domku okazało się, że moja wspaniałomyślna Kasia ogarnęła mieszkanie i popakowała nagrody przewidziane w konkursach dla gości. Bardzo się ucieszyłam bo i bez tego miałam bardzo dużo "pracy". Wzięłam prysznic by się ostatecznie odświezyć, wreszcie zjadłam coś normalnego, czyli kanapkę z masłem i czekałam na panią od makijażu. Wcześniej dojechała moja mamcia, która też miała się malowaću tej pani. Pani Ewa przybyła punktualnie, zabrała się za pacykowanie mojej mamy, która próbowała jej przeszkadzać "doradzając", jak chce być umalowana, aż jej powiedziałam, żeby nic nie mówiła i poczekała na efekt końcowy. Mama wyglądała pięknie!

Potem przyszła moja kolej, byłam spokojna o efekt, bo próbny makijaż całkowicie mnie przekonał co do umiejętności pani Ewy. Po jej wyjściu zaczął mnie dopadac stresior! Czasu było coraz mniej, a ja zwlekałam z ubieraniem się, bo nie chciałam siedzieć w sukni zbyt długo no i dość dziwnie było mi poruszać się w niej po mieszkaniu. Kasia na moje obawy typu "czy się nie ugotuję, czy będzie mi wygodnie, czy sie nie pozaczepiam" skwitowała "to po co wybrałaś taką suknię, trzeba było prostą i bez koła". Ot, cała Kasia... kochana, ale BARDZO skromna osoba. Z niej jest super laska, a jednocześnie wcielenie skromności... z trudem namówiłam ją na założenie delikatnego srebrnego wisiorka do prostej czarnej sukienki. Za to o makijażu, choćby o tuszu do rzęs nie chciała nawet słyszeć. Na próżno namawiałam ją by oddała się w ręce pani Ewy. Tu mała dygresja... słyszałam i czytałam historie o świadkowych, które w dniu slubu przesadzają i starają się wyglądać lepiej od panien młodych. No cóż... moja Kasia to całkowite zaprzeczenie takich historii, choć i bez żadnych szczególnych starań wygląda kwitnąco :)

Minęła godzina 14, zjechali moi chrzestni, tato, brat- świadek, brat cioteczny (który nocował u moich rodziców). A ja nie byłam jeszcze gotowa. Czekałam w swoim pokoju, rozmyślałam, pakowałam torbę-niezbędnik, który trzymałam na weselu pod stołem, aby móc z niego wyciągać niezbędne rzeczy w razie potrzeby. Całe szczęście, że zapakowałam także białe cieńkie podkolanówki. Wreszcie poprosiłam Kasię, by pomogła mi się ubrać. Suknia na zamek- więc nie było żadnych problemów. Na to mój koronkowy płaszczyk. Wcześniej pończochy i butki. Wyszłam do gości. Tata spojrzał na mnie, powiedział, że ślicznie wyglądam, usmiechnął się dziwnie i wyszedł na balkon (jak mi później powiedział- popłakać sobie ze wzruszenia). Mój brat Igor, chrzestni, kuzyn- wytrzeszczali oczy :) Moja babcia zalała się łzami już od progu. Z prośbą o podpięcie welonu zwróciłam się do chrzestnej, jakoś większe miałam do niej zaufanie w tej materii, niż do Kasi.

Zrobiła się 15:10 pod dom zajechał nasz zamówiony samochód- teraz nie pamiętam dokładnie, jak wygladał, ale coś mi świta, że tak, jak sobie życzyłam, aby go przystroić. Czekałam pełna napięcia na mojego narzeczonego, który miał przybyć z rodzicami, siostrą i babcią. Przyjechali. (Nawet teraz, pisząc o tym po dwóch tygodniach mam dreszcze i czuję, że z przejęcia marzną mi dłonie. ) żałuję, że ich wejście do mojego domu przebiegło w takim zamieszaniu. To z resztą było nieuniknione, bo ludzi nagromadziło sporo. Zabrakło mi tego pierwszego momentu sam na sam z Pawłem. Ale w końcu zamkneliśmy się w pokoju. Nie pamiętam, o czym mówilismy... Na pewno coś o naszym Atosku, którego Paweł oddał do hoteliku dla psów i bardzo martwilismy się, jak nasz "płaczek" zniesie rozłąkę w obcym miejscu. Czy właściciel hotelu nie zadzwoni do nas w połowie wesela i nie każe zabierać "beksę", bo zakłóca ciszę. Dałam Pawłowi obrączki, a on je wrzucił od tak do kieszeniu marynarki- pomyslałam "oby nie zgubił". Dodam, że Pawełek wyglądał świetnie w swoim garniturze. Bardzo bardzo mi się podobał. Ja mu chyba także... tym bardziej, że wcześniej mnie nie widział, ani nawet samej sukni.

Wreszcie musieliśmy wyłonić się z pokoju. Byłam chyba bardzo zdenerwowana, bo zaczęłam strasznie dużo mówić, chaotycznie przedstawiać jednych gości drugim. Wreszcie nastapiła uroczystość błogosławieństwa, której bałam się, bo po pierwsze nie przywykłam do takich rzeczy, po drugie moi rodzice różnią się od teściów w kwestiach religijnych i obawiałam się, jak to wypadnie. Moja mama pierwsze założyła nam po prostu życzenia i usmiechała się do nas promiennie (i na życzeniach mogło się, jak dla mnie skończyć), mój ojciec zaczął nam życzyć, a w końcu ze łzami w oczach wydusił z siebie, że nam błogosławi. Potem mama Pawła... całkiem się rozkleiła. Po prostu fontanna łez- aż mi się jej szkoda zrobiło, bo nic nie mogła powiedzieć. I Pawła ojciec.. chyba też uronił łezkę i doprowadził do końca tę krępującą mnie sytuację. Niech nikt nie myśli, że jestem nieczuła, czy coś... ale naprawdę nie przywykłam do takich scen. Czułam się zawstydzona. Embarassed Jakoś zupełnie było mi nie do płaczu.

Po błogosławieństwie zeszliśmy na dół. Świadkowa Kasia usiadła przy kierowcy, my z Pawełkiem z tyłu. Z suknią nie było problemu. A droga do koscioła (dosłownie 2 ulice) zeszła nam na ściskaniu się za ręce i rozmowie o naszym psie, "który biedny, pewnie teraz za nami tęsni" :) Kierowca na szczęscie nie puszczał żadnych ckliwych melodii ;) Na zakończenie pierwszej części relacji dodam jeszcze, że Pawełek przywiózł ze sobą mój bukiet. Bardzo ładny i wdzięczny, ale... Ależ to było ciężkie krówsko! 1,5 kg jak nic! Dobrze, że w Polsce nie ma tradycji rzucania bukietem, bo potencjalna zdobywczyni mojej drucianej torebeczki naraziłaby się na ciężkie obrażenia. 

Posted by Pani Groszek at 20:33:59 | Permanent Link | Comments (1) |

Wtorek, 01 Sierpnia 2006

Jeszcze Groszek, ale już nie panna :)

Piszę na chwileczkę. Niech ci, co tu zaglądają wiedzą, że jestem bardzo szczęśliwa. Życzę sobie, by wciąż tak właśnie się czuć. Ceremonia ślubu była piękna, wesele udane, a my z mężem czujemy się zakochani w sobie po uszy. Odżyła namiętność stłamszona ostatnio przez stres i oczekiwanie. Jest pięknie.

Jutro wyjeżdżamy w podróż poślubną. Po powrocie dokończę relację z dnia ślubu. Pozdrawiam wszystkie życzliwe duszyczki, które tu czasem zaglądają :)

Pani Groszek


Posted by Pani Groszek at 23:06:20 | Permanent Link | Comments (11) |