Piątek, 28 Kwietnia 2006

Pracowity tydzień, a przygotowania stanęły.

Jestem padnięta po tym tygodniu. Wstaję o 6 albo i wcześniej. Mam dużo pisania, sporo nauki. Na szczęście, dziś już trochę wyhamuję. Jeszcze czekają nas "zajęcia baletowe" wieczorem i weekend! Ale tylko dla mnie :( Pawełek musi biegac do pracy i wszystko wskazuje na to, że będzie musiał ganiać do pracy i w sobotę i w niedzielę i 1,2,3 maja. Bardzo nad tym ubolewam, bo marzyła mi się chwila oddechu, wspólne byczenia się w łóżku, wyjazd na majówkę, wspólne pitraszenie kuchenne.

Przygotowania ślubne całkowicie stanęły w miejscu. Ja nadal nie mam ślubnego biustonosza!!!! A na początku maja miała być już pierwsza przymiarka. Ostatnia deska ratunku to wyjazd do Koszalina. Tylko szkoda, że tak mało znam to miasto. W weekend mam zamiar wydrukować i wypisać nasze zaproszenia, żeby już je w końcu porozsyłać do ludzi. W maju też zamówimy nasze obrączki. Ale znów musimy się jakoś zgrać w czasie i znaleźć czas na wpólne wyjście. Dobrze, że jest samochód, bo to sporo ułatwia.

No i słówko o naszej pociesze- Atosku :) Zadomowiła się bestyjka. Przez pierwszy tydzień- półtora, był taki trochę apatyczny, onieśmielony. Ale teraz zaczyna łobuzować, szczekać pod drzwiami, kiedy idą OBCY. Nie ujada jakoś długo, ale wystarczy jedno szczeknięcie o 5:30 (jakiś sąsiad tak szybko wychodzi co rano) i już się budzimy. A poza tym Atos w końcu zmądrzał i normalnie je. Uwielbia wyciągać nasze noszone skarpetki i inną bieliznę z łazienki i bawić się nią.  Oczywiście mu nie pozwalam, ale Paweł ma zwyczaj zostawiania skarpetek na podłodze, a wtedy to już przepadło ;) Puszczamy już piesia w parku ze smyczy, bo zauważyliśmy, że ładnie się nas pilnuje i można go przywołać. A najsłodszy jest, kiedy wracamy do domu. Czeka cichutko i nie płacze za nami, za to, jak wracamy, to z radości skacze, jak piłka i prawie robi salta w powietrzu. Kochany jest!! A Paweł to mi nawet powiedział, że on jest prawie tak ładny, jak ja. Hahahaha! Ciekawe, dla kogo to był komplement?

Posted by Pani Groszek at 07:38:06 | Permanent Link | Comments (0) |

Poniedziałek, 24 Kwietnia 2006

Passa kijowych weekendów trwa

A dlaczego kijowych? Ano dlatego, że dobrze było tylko do piątku wieczorem. Byliśmy wieczorem na drugich zajęciach tańca i wyszliśmy zadowoleni, po powrocie padliśmy na twarze i zasnęliśmy, jak dzieci. W sobotę miałam zamiar wstać raniutko, zacząć pisać pracę, a potem jeszcze miały być korki, ale nic się nie udało.Obudziłam się z koszmarnym bólem głowy, tak, że musiałam poprosić Pawła by poszedł z Atosem. Paweł akurat spieszył się do pracy, ale powiedział, że pójdzie. Ja, przewrażliwiona i wk...na bólem głowy, ubzdurałam sobie, że mój Skarb jest zły, że mu każę jeszcze biec z psem. Zaczęłam się ubierać, ale oni już wyszli. Poszłam za nimi, deszcz mocno padał, ja bez czapki, Paweł zły na mnie za moje fochy zaczął już z pieskiem wracać. Ja "na złość" pospacerowałam dalej, a głowa coraz mocniej mnie bolała, a do tego zaczęło mnie mdlić. :(

Miałam już podobną akcję 2 tygodnie wcześniej, ból głowy od rana, mdłości i w rezultacie zwolniłam się z zajęć i ledwo przekroczyłam próg domostwa, poleciałam do łazienki bawić się w hafciarkę. No i w tę sobotę było tak samo. Wmusiłam w siebie parę kęsów bułki z masłem, w nadziei, że nie zwrócę i będę mogła wziąć coś na ból głowy. Niestety, bułka wydostała się ze mnie w tempie ekspresowym. A później było coraz gorzej, bo nie miałam czym zwracać, a mdłości się powtórzyły. Korki odwołałam i umierałam do popołudnia. W końcu wrócił Paweł, nakarmił mnie, cudem się przyjęło. Potem jeszcze on pojechał do swoich rodziców z okazji "wczorajszych" urodzin i znów zostałam sama. Głowa przestała mnie boleć wieczorem, poszliśmy z pieskiem na spacer i zdrowa położyłam się spać.

W niedzielę wstałam o 5!! Szybki orzeźwiający spacer z piesiem. Na szczęście czułam się nieźle, słońce świeciło, a ptaki darły mordy w niebogłosy. Miło było w prawie pustym parku. A po powrocie zasiadłam do zaległej pracy i tak stukałam w klawiaturę do południa. Ale na szczeście skończyłam i opłaciło się, klient był zadowolony. W międzyczasie P. wrócił z pracy (no cóż... mają sezon, to niedziele nie obowiązują) i pojechaliśmy nad morze. Hurraaa!!! Było tak ciepło, jak w pełni wiosny, szliśmy w cieńkich kurteczkach. Atos robił okrągłe oczy na nowe miejsca i ludzi. Miałam go na smyczy, gdy schodziłam schodkami na plażę i... GLEBA!!!

Moja "wykręcająca się stopa" podwinęła się na nierówności i skręciła mocno, zahamowałam kolanem drugiej nogi, zdzierając je trochę (powstała dziura w spodniach). Paweł mnie przytulił, ja się prawie popłakałam, ale byłam dzielna i nie chciałam wracać, tylko rozchodziłam noge i poszliśmy na dłuuuugi spacer. Pies zwolniony ze smyczy, oszalał!! Ale, trzymał się blisko nas. Pobawił się z innymi pieskami, chciał pić wodę z takich morskich kałuży i biegał, biegał, biegał. Fajnie było.

Trochę gorzej po powrocie, noga mi spuchła, nie mogłam chodzić, przyłożyłam kompres z altacetu i przez noc trochę się poprawiło, za to dziś kuśtykam i trochę się obawiam, jak pójdę do pracy. Na szczęście to dopiero za 4 godziny.

No, a co było z Pawła urodzinami? Planowałam wszystko przenieść na sobotę, z racji tego, że cały piątek mieliśmy wypełniony zajęciami po brzegi. W piątek tylko wręczyłam mu prezent (dwie książki), a uroczysty obiadek z deserem planowałam na sobotę, a także zaprosić go do kina, ale z przyczyn opisanych na początku posta, plan się nie powiódł. Dlatego też cieszę się, że ten pechowy weekend się skończył. Więcej takich nieszczęść to nie dotrwam w jednym kawałku do ślubu ;)

I tym optymistycznym akcentem kończę relację weekendową. Do napisania! 

Posted by Pani Groszek at 11:34:32 | Permanent Link | Comments (1) |

Czwartek, 20 Kwietnia 2006

Zostało 100 dni!!!

Dziś wybiła nasza setka :) Równo 100 dni do naszego ślubu. 100 dni panieństwa, 100 dni kawalerstwa. 100 dni posługiwania się panieńskim nazwiskiem. 100 dni do założenia obrączek, do stania się RODZINĄ.

Radośnie mi z tą świadomością :) A jutro mój ukochany kończy 27 lat. Mam dla niego niespodziewajkę i oby się ucieszył z niej :) Ja tam się cieszę. Myślę teraz, że 27 lat to nie tak mało. A jak go poznałam miał niecałe 23. Ale ten czas zasuwa!! Właśnie w okolicy jego 23 urodzin rozkwitał nasz romans wszechczasów :) A pierwszym urodzinowym prezentem dla niego był mały pluszowy niedźwiadek. Cudownie powrócić pamięcią do tych chwil. To se ne vrati... może i prawda, ale takie "okrzepięcie" w związku też ma swoje zalety, np. poczucie bezpieczeństwa i świadomość polegania na sobie.

Posted by Pani Groszek at 08:49:53 | Permanent Link | Comments (3) |

Poniedziałek, 17 Kwietnia 2006

Trochę szare te święta :/

Jestem niezadowolona z tej Wielkanocy. Po pierwsze już w sobotę rano wyjechałam na wieś, do rodziców. Paweł tym razem postanowił zjeść śniadanie wielkanocne ze swoją rodziną. W zeszłym roku był u moich rodziców, ja zaś bardzo chciałam jechać do swoich, ale szczerze mówiąc ze względu na mamę, która za tydzień jedzie do sanatorium i nie będzie jej 3 tygodnie. Pawełek dojechał wczoraj po południu. Ale nie był sam, tylko z Atosem :-) Psiak od razu zapadł w serce mojej mamie. Tata, jak zwykle sceptycznie "Po co wam kłopot?". Szkoda, że padało.. mieliśmy plany iść na długi spacer z Atosem, ale i tak poszliśmy na dwór i spuściliśmy pieska ze smyczy, żeby polatał po zagrodzonym podwórku i ogrodzie.

Trochę było komplikacji, bo trzeba było zamknąć w domu dwa duże psy rodziców. Ale za to Atos, jak sie ucieszył, że może latać bez skrępowania! Biegalismy z nim, albo Paweł odchodził, ja trzymałam pieska, potem Paweł go wołał, a Atos biegł do niego wielkimi susami, a uszka tam śmiesznie łopotały mu od pędu :-))))) Potem ja wołałam Atosa i biegł do mnie.

Haha.. nie pisałam, ale Atos to niejadek. Babka, skąd go wzięliśmy mówiła, że najlepsza dla niego jest karma, której mały zapas nam dała. To jakaś karma z górnej półki- nie pamiętam teraz nazwy, ale mam książeczkę od niej, nie w każdym sklepie zoo dostępna, ale ma mieć wszystko, co potrzebne, by "wychować championa" ;-) No, ale nasz Atos chyba nie chce być championem, bo nie chce jeść. Zrobiliśmy tak, jak nam radziła telefonicznie, czyli dac mu 2 razy dziennie filiżankę karmy. Poczekać 5 minut, jeśli w tym czasie nie zje, zabrać miskę i nie dać nic do drugiego karmienia. Działać działa, ale nie tak, jak byśmy chcieli. Je, ale bez zapału. Uwielbia mięso- kupiłam mu takie chrząstki porośnięte mięsem i zamroziłam w małych porcjach. Daję mu raz na parę dni. Nie często, żeby się nie przyzwiczaił. No a wczoraj Atos mnie zaskoczył, bo się okazało, że uwielbia kocią karmę Kitekat. Wziełam trochę od mamy i dziś, jak nie chciał jeść swego śniadania, dałam mu na wierzch małą gastkę kociego żarełka i wtedy zjadł całą miseczkę i nawet dokładkę. :)

Niestety, wczorajszy powrót do domu zakończył się kwasem. Bo babcia, która z nami się zabrała strasznie długo się zbierała do drogi. Paweł się niecierpliwił. Wkurzało mnie to, bo te pół godziny w jedną czy drugą stronę nie zbawiłyby go. A on by chciał, że po daniu "gwizdka" do odjazdu, wszyscy po 5 minutach stoją na baczność gotowi do drogi. Potem jeszcze tata mnie zestresował otwierając drzwi, przez które wilczur wsadził do kuchni swój wielki łeb i przeżyłam chwilę grozy na myśl, że wepchałby sie do środka i rzucił się na Atosa. To taki wielki wilczur, który taty się za bardzo nie słucha. Krzyknęłam, żeby zamknął drzwi. Fakt- krzyknęłam może zbyt głosno. Ale za to tyrada ojca potem o moich manierach to już było przegięcie. Pakowaliśmy się do samochodu w nerwach, jeszcze Paweł spuścił mi na bark klapę od bagażnika i dziś boli mnie ramię i mam siniaka :( Całą drogę nic nie gadaliśmy, tylko babcia bredziła coś o pogodzie.

Jak sobie przypomnę, to mnie smutek i złość ogarniają. A dziś...siedzę sama. Misiek pojechał do rodziny, na chrzciny. Też byłam zaproszona (nie osobiście, ale przez Pawła), ale nie miałam ochoty spędzać kolejnego dnia przy stole, wśród niemal obcych mi osób, wracać wieczorem, zamiast wypoczęta, to zmęczona. Może odwiedzi mnie dziś koleżanka? A jak nie, to mam co robić. Trochę pisania mnie czeka. W ogóle nie czuję, że są święta. Jakie święta w ogóle??

Tylko dni wolne od pracy, wcale przy tym nie radosne. Ogólnie to kijowo się czuję :( 

Posted by Pani Groszek at 11:52:03 | Permanent Link | Comments (0) |

Wtorek, 11 Kwietnia 2006

Oto Atos :)

Od niedzieli po południu mamy nowego członka "rodziny". Do rybek i chomiczki Chomci dokoptował sznaucer miniaturowy Atos. Pochodzi z Koszalina z domowej hodowli Grasant FCI ( www.grasant.fci.pl ). Prawdziwe imię pieska to Black Magic, ale my woleliśmy bardziej swojsko Atos. Takie szlachetne imię muszkieterskie, bo maniery Atos ma znakomite. Nie ujada, nie szarpie nas za nagawki, ładnie załatwia się na dworze. Nie żebrze przy stole. Daje się kąpać, czesać, suszyć suszarką, oglądać wetowi i tak dalej. Jego poprzednia pani przyzwyczaiła go do wszystkich zabiegów niezbędnych wystawowemu pieskowi.

Atos ma 5 miesięcy, więc nie stwarza tylu kłopotów, co 2 miesięczny psiak. Jest jeszcze trochę onieśmielony, ale uwielbia spacerować i bardzo interesuje się ludźmi i innymi psami. Mam nadzieję, że będzie z nami szczęśliwy, a my z nim. Teraz "pracuję" nad rozkręceniem go. Bawię się z nim, uczę biegać za piłką. W tamtym domu było dużo piesków i nie był on jedynym pieskiem do kochania. Tym więcej czułości trzeba mu teraz okazywać.

W związku z powyższym ślubne przygotowania odeszły na boczny tor. Ale po świętach zaczniemy rozsyłać zaproszenia.  

ps. A to zdjęcie Atosa, jak był malutki

A to zdjęcie jego taty (Int.Ch, Ch PL, ChPLMł. Zodiak) :

...i mamy (ChPLMł. Vice Versa): 

Posted by Pani Groszek at 09:09:58 | Permanent Link | Comments (3) |

Sobota, 08 Kwietnia 2006

Cała sala tańczy z nami...

Wczoraj byliśmy na pierwszej lekcji tańca. Przyszło bardzo dużo par i trochę zmartwiłam się, jak ta kobitka nas wszystkich ogarnie, ale było bardzo dobrze. Najpierw uczy kroków facetów, potem partnerki. Dba o takie drobiazgi, jak zapraszanie do tańca, dziękowanie za taniec. Tłumaczy spokojnie i wolno, jak krowie na rowie. Można z łatwością załapać, o co chodzi!

Nauczyliśmy się wczoraj kroku podstawowego do walca angielskiego oraz półobrotów. A także kroku podstawowego czaczy :) Nie zmachaliśmy się nadto, ale czułam zastałe mięśnie, np. ud, nie przyzwyczajone do robienia cza-cza-cza oraz ramion od utrzymywania "ramy". Było miło- nie zauważyłam prawie kiedy mineło 1,5 godziny. Spałam potem jak zabita :)

A dziś jedziemy do moich rodziców. Strasznie dawno u nich nie byłam. Ostatnio 26 lutego na brata urodzinach!! Właśnie zdałam sobie sprawę, jak to dawno było. A jutro jedziemy do Koszalina obejrzeć pewnego małego koleżkę, ale nie będę zdradzać za dużo. Być może już jutro coś się wyjaśni. :) 

Posted by Pani Groszek at 08:35:16 | Permanent Link | Comments (3) |

Czwartek, 06 Kwietnia 2006

Biedny Misiu. Biedna ja.

W tym tygodniu nie mam kiedy porozmawiać z Misiem. Właściwie znów zaczęła się nasza mijanka. On wychodzi przed 7 do pracy, ja jeszcze śpię, albo otworzę oko, żeby życzyć mu miłego dnia. Ja wychodzę po południu (na zajęcia, bądź do pracy), a on wtedy wraca z pracy. Widzimy się dopiero ok 19, jak przyjeżdża po mnie na uczelnię czy do pracy. Potem jakieś zakupy, kolacja, czasem troche telewizji. A o 22 Miś zalega w łóżku bardzo zmęczony i jakiś taki zmartwiony. W ogóle martwi mnie to :( Nie ma kiedy porozmawiać,on zasypia szybko, a ja zazwyczaj leżę i rozmyślam i bardzo mi go brakuje, mimo, że jest tuż obok.
Posted by Pani Groszek at 08:57:14 | Permanent Link | Comments (5) |

Wtorek, 04 Kwietnia 2006

Another week's passed by

W piątek byliśmy na spotkaniu organizacyjnym szkoły tańca w jednym z klubów osiedlowych. Trochę się zdziwiliśmy, kiedy zamiast opalonej, wysmukłej i gibkiej tancerki wyszła do nas kurpulentna gadatliwa pani po 40 :)  Uczy tańczyć "X" lat i chyba ma wzięcie, bo poleciła mi ją jedna z wykładowczyń, która sama niedawno zaliczyła kurs pod kątem swego wesela. Od kogoś tez słyszałam, że nawet pawiana nauczy tańczyć ;)

W nadchodzący piątek pierwsze zajęcia 1,5 godzinne, z cyklu siedmiu spotkań o pierwszym stopniu zaawansowania. W ciemno mówię, że mam ochotę na dwa następne. Od razu widać, że to "stara szkoła", bo babeczka zapowiedziała, że nie chce nikogo w dresach ani dżinsach (ostatecznie raz w ciągu całego kursu), tylko koszule, spodnie garniturowe dla mężczyzn, a babeczki w spódniczkach lub sukienkach i na obcasie. Hi hi... właśnie zapakowałam jedne buty do siatki, bo wymagają interwencji szewca i może w nich pobrykam.

Wczoraj zaś byliśmy na pierwszym z trzech spotkań w poradni rodzinnej. Jakaś babka w stylu pani woźnej ze szkoły czytała nam całą godzinę encyklikę papieską i wykładała zamysł Boży odnośnie małżeństwa i jego funkcji, z naciskiem na funkcję prokreacyjną.  Dostaliśmy także ksero przewodnika Naturalnego Planowania Rodziny. Na razie leży sobie grzecznie w koszulce, ale poczytam. Tylko co do stosowania, to nie wiem.... Wolałabym jakieś akademickie wydanie napisane przez lekarza, a nie przez jakieś stare dewoty z parafii.

Posted by Pani Groszek at 07:46:59 | Permanent Link | Comments (0) |

Sobota, 01 Kwietnia 2006

Żegnaj Chomku !!!

No i nadeszło nieuchronne. Mój chomiczek tydzień żegnał się z tym światem. Tzn. od tygodnia bardzo źle się czuł, ale widziałam, że to koniec. Dziś jeszcze rano leżał w swoim kąciku i widziałam, jak unoszą się i opadają jego chudziutkie boczki. Nie ruszałam go. Po paru godzinach już nie żył.

To, że się nie popłakałam to tylko dzięki temu, że od razu postanowiliśmy go pochować. Nie zasłużył, żeby go wyrzucać do śmietnika. Uprzątnęłam, umyłam jego klateczkę, a Chomka włożyłam do tekturowego pudełeczka i pojechaliśmy do lasku. Tam spoczął w wykopanym dołku. Powstrzymywałam się, żeby nie płakać.

Wracając pojechaliśmy do sklepu zoologicznego i kupiłam nowego chomiczka, w zasadzie chomiczkę. Też odmiana dżungarska, ale na razie bez imienia. Od dawna wiedziałam, że to zrobię, gdy Chomek umrze. Ciężko byłoby mi znieść puste miejsce, w którym stała klatka. Bardzo polubiłam te zwierzątka i postanowiłam stworzyć dom następnemu. Może to taka moja mała misja, zabierać chomiki ze sklepu i stwarzać im najlepsze warunki, jakie potrafię?

Chomiczka różni się od Chomka tym, że jest popielato- biała, a Chomek był brązowawy z czarną pręgą przez grzebiet. U niej pręga jest ciemnoszara. Jest malutka i śliczna. Teraz dopiero widzę, jaki mój Chomek był "sterany życiem". No i chomiczka jest odważniejsza od Chomka. Jak kupiliśmy go 2 lata temu to bardzo długo się przed nami ukrywał, znikał w gniazdku, gdy wchodziło się do pokoju. A Chomiczka od razu zaczęła buszować, urządać gniazdko i biegac w kółku- normalnie, jak nakręcona.

Ale mimo natychmiastowej "pociechy" jest mi smutno :( Cały czas czuję, że coś mnie chwyta za gardło i wystarczyłaby chwila słabości, a rozkleiłabym się, jak dzieciak. Wolę nawet nie mysleć o tym, że "ktoś" teraz leży i jest zupełnie sztywny, choć jeszcze niedawno był taki żywy i wnosił tyle radości w moje codzienne życie. Takie maleństwo, a takie kochane.

A tak wygladał mój Chomek:


 

Posted by Pani Groszek at 16:36:41 | Permanent Link | Comments (4) |