Czwartek, 30 Marca 2006

121 dni i co się zmieniło

Zerknęłam właśnie na wirtualny licznik zobaczyłam, że do 29 lipca zostalo 121 dni. Od ubiegłego tygodnia znów posunęliśmy się ciut do przodu. Przede wszystkim udało nam się zaliczyć ostatnie z 10 nauk! Hip hip hurrrraaa! Na ostatnich wykładał nasz ksiądz, ale nie ten stary, tylko ksiądz Andrzej.
Nawet sensownie mówił w porównaniu do niektórych.

Od siostry urzędującej w zakrystii dowiedzieliśmy się, kiedy odbywają się spotkania w poradni rodzinnej. Poszliśmy na pierwszy wykład w poniedziałek na 19, ale tylko zorientować się, gdzie to jest i w jakich godzinach, bo musiałam wracać do domu- byłam z kimś umówiona. Nauki z Panią Poradnią odbywają się na plebanii w takich piwnicznych lochach, gdy weszliśmy objaśniała właśnie  kilku parom jakiś wykre, mniemam, że cyklu miesiączkowego. Zapytałam o terminy spotkań i wyszliśmy. Tych spotkań mamy mieć 3, w tym chyba jakieś indywidualne. Pani Poradnia wydała mi się znajoma... ale było za ciemno, by się lepiej przyjrzeć.

W sobotę schodziłam miasto w poszukiwania biustonosza pod suknię i...klapa. Mają coś mieć nowego z Feliny pod koniec tygodnia w jednym ze sklepów, więc się przejdę, ale jak nic nie znajdę to kopsnę się do Koszalina. Generalnie nie wydziwiam przy stanikach, ale ten musi byc wyjątkowo dobrany, zbierający i dobrze trzymający. Albo nie ma mojego rozmiaru, albo zbiera piersi...pod pachy, albo spłaszcza, albo zabudowany tak, że nie mam co marzyć o dużym dekolcie. Z początkiem maja ma być pierwsza miara i do tego czasu muszę się w coś zaopatrzyć, na razie nie panikuję.

Wczoraj zażyła mnie moja "teściowa", powiedziała, że ja jestem jej "córcia" i, że mogę do niej mówić "mamo". Powiedziałam, że to miłe, ale poczekam, aż nabedę tego "prawa". Ok... do teściowej nie mam nic przeciwko, bo jest bardzo miła i serdeczna, ale do teścia mi się nie uśmiecha. Nie mam z nim wiele wspólnego, mało kiedy zamienimy więcej, niż zdawkowe grzeczności. Nie mamy o czym rozmawiać, więc tym bardziej nie czuję się w najmniejszym stopniu jego "córcią". Ale będą "jaja" gdy Paweł zacznie "tatować i mamować" do moich rodziców. Jakoś sobie tego NIE WYOBRAŻAM, choć relacje mają poprawne i zgodne.

No i bardzo smutna wiadomość na koniec. Odchodzi mój chomiczek, zwany Chomkiem, Komandosem i Burbulkiem. Jest u nas rok i 7 miesięcy, a ma około 2 lat. Jak chorował w styczniu na zapalenie oka, wet powiedział, że jak na dżungara i tak nieźle się trzyma i pożyje jeszcze kilka miesięcy, bo już jest staruszkiem. Od mniej więcej tygodnia Chomek zrobił się słabiutki, malutko je, schudł... nie męczę już go weterynarzem, co mu pomoże- kroplówki mu raczej nie założy w tą malutką łapkę. Po prostu widać, że jest bardzo stary.

Wczoraj, gdy wróciłam z zajęć wyjęłam go z klateczki, próbowałam nakarmić jabłkiem, a on nie miał siły jeść i wyglądał tak smętnie, że popłakałam się, jak bóbr. Był wychłodzony, więc chuchałam na niego w rękach. Wolałabym, aby już dokonał żywota, nie mogę patrzeć, jak się męczy. :(  Dziwne, jak bardzo przywiązałam się do tego maleństwa. Może to zabrzmi szokująco, ale nie czułam takiego smutku, kiedy dziadek chorował na raka, ani nie płakałam tak po nim. Wtedy byłam taka twarda. Czułam żal, ale inny, niż teraz. Nie moge więcej o tym pisać, bo znów się rozkleję.

Posted by Pani Groszek at 08:01:49 | Permanent Link | Comments (3) |

środa, 22 Marca 2006

Kasia powiedziała "tak" !

Piszę bardzo uradowana, bo nie sądziłam, że z problemem świadkowej uporam się tak szybko. Kasia z Torunia nie zawiodła!! I wreszcie jedna osoba szczerze ucieszyła się z mojego ślubu i nawet powiedziała, że będzie to dla niej zaszczyt świadkować nam :-)

No i proszę... jak to życie zaskakuje. Zaczęłyśmy wspólnie studiować w 98 roku, w Słupsku, trwało to 3 lata, po których Kasia wyjechała na rok za granicę. Potem kontynuowała studia, ale już w Toruniu. Kontakt się urwał- uważam, że z mojej winy. Ale ja też rok później wyjechałam za granicę i jakoś nie umiałam myśleć o niczym i nikim innym, jak o pozostawionym w Polsce Pawle.

Na odnowienie naszej więzi miało wpływ bardzo smutne wydarzenie- śmierć naszej koleżanki ze studiów. To mnie przypadło w udziale poinformowanie Kasi. Na szczeście miałam gdzieś numer do jej rodziców, od nich dowiedziałam się, że Kasia jest nadał w Toruniu i dostałam jej nowy numer. Kasia, w przeciwieństwie do mnie, pojechała na pogrzeb, a krótko potem odwiedziła mnie na cały weekend i wtedy znajomość odżyła. Bardzo się z tego cieszę. Drugiej takiej osoby nie znam i na pewno już nie poznam.

Wiem, że Kasia będzie najlepszą świadkową, jaką mogłam sobie wymarzyć. Mój brat też się ucieszył, ale i zawstydził. Podczas ostatniego spotkania z Kasią narobił trochę kłopotów (wrócił w południe z imprezy nocnej, musiałam go szukać- mama odchodziła od zmysłów!) i teraz mu głupio, że wyszedł na gówniarza. No, to będzie miał szansę się zrehabilitować!

Posted by Pani Groszek at 07:51:52 | Permanent Link | Comments (6) |

Poniedziałek, 20 Marca 2006

Poszukiwania świadkowej

No i stało się- wczoraj po obiedzie u rodziców narzeczonego poszliśmy pogadać z jego siostrą. Powiedzieliśmy, że wiemy od jej mamy, że dla niej ta cała sytuacja jest krępująca, że nie pasuje jej, że świadek (mój brat) jest od niej 10 lat młodszy, i że zrozumiemy, jesli nie zechce być świadkową. Powiedziałam, że dla mnie jest najważniejsze, żeby wszyscy się dobrze czuli tego dnia, żeby się nikt do niczego nie zmuszał. Bo jesli ona będzie się źle czuła, to ja również. Powiedziałam, ze absolutnie będę miała jej tego za złe, jeśli się wycofa.

No i powiedziała, że rzeczywiście nie chce byc świadkową i zapytała, kogo poproszę, a ja na na to, że jakąś koleżankę. No i teraz szukam... tzn. mam pare typów i od wczoraj próbuję skontaktować się ze swoją bardzo dobrą koleżanką, która obecnie studiuje w Toruniu. Mieszka także daleko od Słupska, ale wiem, że ona jest tą osobą, o której pomyslałam, jako pierwszej. Mam nadzieję, że się zgodzi... Pożyjemy, zobaczymy.  Będę pisać na bierząco.

Dziekuję dziewczyny za poparcie mnie w komentarzach :-) 

Posted by Pani Groszek at 12:00:51 | Permanent Link | Comments (0) |

Czwartek, 16 Marca 2006

Szwagierkolaska

W moim prześlubnym życiu nie obywa się bez kłopotów. Ostatnio jest nim moja przyszła szwagierka. Jest ona kilka lat starsza on swego brata, a mojego narzeczonego. Na początku naszej kilkuletniej znajomości myślałam, że znajdziemy wspólny język, ale coraz bardziej w to wątpię. Boli mnie, kiedy odwiedzam "teściów", ona nawet nie wyjdzie z pokoju, by się przywitać. Jak już zapukam do niej i nieśmiało wejdę do jej pokoju, ona ledwo mruknie "cześć, co słychać". Bardziej pro forma, niż z zainteresowaniem. Nie przerywa swoich zajęć- głównie oglądania TV- i równie dobrze mogę koło niej siedzieć bez słowa, jak i sobie wyjść- wychodzę.

Bardzo zakłuła mnie jej reakcja na wieść o naszych zaręczynach. Była po prostu bardzo chłodna. Wymamrotane "gratuluję" i ...zmiana tematu na inny, ciekawszy... o telefonach komórkowych. Nie liczyłam na to, że będzie skakać pod chmury, ale nawet się nie uśmiechnęła, ani nie zapytała, kiedy ślub. Ostatnio także poczułam się odtrącona, gdy poprosiłam ją o wytłumaczenie mi pewnej sprawy urzędowej, na której ona się zna. Zapytałam uprzejmie, czy mogłaby mi wytłumaczyć, żebym sama na przyszłość mogła wypełniać te papiery, a ona znów mruknęła bez uśmiechu, bez popatrzenia mi w oczy "nie wiem, nienawidzę tego robić". Aż mnie zatkało- znów nie chodzi mi o to, że MUSIAŁA się zgodzić, ale o to, że jej odmową była tak rażąco nieuprzejma!!!

Mój narzeczony mówi, że mam się nie przejmować, że ona juz taka jest. Ale ja mam to w nosie! Rozumiem, że ona ma 3 dychy na karku, że jest sama, że mieszka z rodzicami, ale dlaczego traktuje mnie jak, gówniarę, jak pyłek, jak powietrze?? Przecież nie jestem dla niej żadną konkurencją. Nie widujemy się często i na długo. Czy ona nie może się zdobyć na odrobinę serdeczności w moją stronę?

Najgorsze jest to, że ona będzie moją świadkową. Z mojej strony będzie mój brat, a ze strony narzeczonego własnie jego siostra. Jak narzeczony pytał ją, czy zostanie naszą świadkową, to nie powiedziała tak, ani nie. A potem jej mama przycisnęła ją w mojej obecności do muru i powiedziała "no, ale chyba będziesz świadkową, nie wypada odmawiać"....i ona się zgodziła- znów zero entuzjazmu na twarzy. A ja nie miałam śmiałości protestować... bo już wolałabym poprosić którąś koleżankę. Tym bardziej, że widzę, jak szwagierce jest to nie na rękę... Już w lutym zapowiedziała, że nie chce, aby ją proszono o jakikolwiek taniec na naszym weselu. Czyli... jeśli np. orkiestra na drugi taniec, dla zachęty dla gości, prosi świadków to ona absolutnie się nie zgadza.

Po jej ostatniej nieuprzejmości zapytałam ją wprost, czy ona się na mnie gniewa, czy żywi jakąś urazę. Powiedziała, że nie. Mi aż się oczy szkliły, bo nasz brak porozumienia traktuję, jako porażkę w budowaniu jakiejś więzi z rodziną przyszłego męża. A na drugi dzień ona zadzwoniła pytać, czy wszystko w porządku, bo ją głowa bolała i dlatego była taka ponura...

Ją chyba bardzo często głowa boli, bo bardzo rzadko jest wobec mnie ciepła. Już nie pamietam kiedy ostatnio... :(  Coraz częściej myślę, że może porozmawiać z nią szczerze i wycisnąć z niej odpowiedź, czy chce byc świadkiem, czy nie... Bo jeszcze jest czas, abym poprosiła jakąś koleżankę. Tylko, żeby nie wyszła z tego jakaś większa draka, obraza dla teściów, czy coś... Ale z drugiej strony, nie chciałabym, aby ona swoją oschłością i brakiem entuzjazmu zepsuła mi humor w dzień ślubu.  

 

Posted by Pani Groszek at 07:08:23 | Permanent Link | Comments (3) |

Poniedziałek, 13 Marca 2006

Nauka z piekła rodem

Byliśmy wczoraj na siódmych naukach przedmałżeńskich. Prowadził je nasz proboszcz. To już taki starszy ksiądz, wciąż uprawia martyrologię narodu Polskiego i na każdej mszy zachęca do oglądania i słuchania tylko i wyłącznie Radia Maryja i TV Trwam. Już samo to jest wkurzające, tym bardziej, że biskup mówił co innego, tzn. żeby podchodzić z rezerwą do politykujących katolickich mediów, które wyrządzają krzywdę swoją zapiekłością.

Na wstępie ksiądz postraszył tych, którzy przyszli tylko na nauki, bez uczestnictwa we mszy, ogniem piekielnym, diabłami, wieczystymi mękami, igniem i siarką oraz płaczem i zgrzytaniem zębów, jakie czekają nas- bezbożników. Potem ksiądz stwierdził, że "ale was dziś dużo" napiszmy listę obecności (O, nowość! nigdy nie puszczano żadnych list, przecież każdy ma książeczki, w których po wykładzie wpisuje się ksiądz). Potem zagadka się rozwikłała, ponieważ po drugiej stronie kartek, które podał obu rzędom nasz "pasterz" były doniesienia do prokuratury i prośba o interwencję prawną w sprawie znieważenia symbolu Matki Boskiej Częstochowskiej przez czasopismo Machina, które na swej okładce zmiksowało wspomnianą ikonę ze zdjęciem wokalistki- Madonny. Ja i Misiu nie podpisaliśmy się. Nie cierpimy takiej manipulacji. Przecież ksiądz mógł nam powiedzieć, po co mu te podpisy, a nie odstawiać szopkę... A nawet jeśli, to bym się nie podpisała bo bo wcale nie czuje się urażona tą okładką.

Na wczorajszych naukach było o wychowaniu dzieci. Wychowanie,jak usłyszeliśmy, zaczyna sie już w życiu płodowym. I tak, jeśli dziecko zostało poczęte w niesprzyjających warunkach, to jest- także w związku konkubenckim, nie z męża i żony, to dziecko jest na starcie upośledzone, gorzej się rozwija, więcej choruje, ma niższą wagę urodzeniową, itd... itp... Ciężarna kobieta powinna unikać w okresie ciąży gwałtownych przezyć, takich jak... ogladanie kryminałów, ponieważ brutalne sceny, jakie ogląda kobieta, odbijają się na rozwoju płodu. Kobieta ulegając emocjom naraża dziecko na wielkie niebezpieczeństwo, ponieważ zwykły puls 60 przyspiesza do 80 i krew pod wielkim ciśnieniem wali w płod niszcząc go.... Dlatego, miezy innymi, kobieta nie powinna być obecna przy świniobiciu, bo to zbyt drastyczny obraz.

I dalej w ten deseń, aż zeszło na politykę, a ja się wyłączyłam, żeby się dalej nie denerwować. Dobrze, że zostały nam tylko 2 tygodnie.  Amen.  

 

 

Posted by Pani Groszek at 11:31:25 | Permanent Link | Comments (2) |

Niedziela, 05 Marca 2006

Bierzmowanie

Jak w tytule. Pojechaliśmy do katedry w Koszalinie, żeby mnie wybierzmować. Skarbulek był moim świadkiem. Wcześniej trzeba było się wyspowiadać- ciekawe przeżycie po dłuuuugim czasie. Moje wrażenia z mszy i bierzmowania- mamy fajnego biskupa, takiego natchnionego, wygłaszając standardowe formułki, robi to z takim zapałem i przekonaniem, że wreszcie coś znaczą. Czy innych księży w seminarium tego nie uczą? U nas w parafii tak szybko klepią wszystkie modlitwy, że naprawdę nie ma w nich sensu.
Posted by Pani Groszek at 20:53:23 | Permanent Link | Comments (3) |

Czwartek, 02 Marca 2006

Próbne egzemplarze

Dziś Pawełek zeskanował nasze poniedziałkowe dzieła. To tylko pierwsze nieudolne próby. Trochę krzywo wyszły, źle się przykleił napis w zawiadomieniu. Ale najważniejsze, że jesteśmy zodowoleni z tych prób! Zaproszenie jest w kolorze bordowym (na skanie trochę brązowo wyszło) ze złotymi dodatkami. Napis jest wypukły. W środek wkleimy wydrukowane zaproszenie na papierze ecru. Zawiadomienie jest w kolorze ecru z bordowym rombem i złotymi obrączkami- w środek wklejona kartka ecru. Obrączki i serduszka są z satyny. Najwięcej trudności dostarcza cięcie sztywnego brystolu, ale udam sie do pracy i posiedzę na "gilotynce".Kleimy na klej Magic- idealnie sie sprawdza! Po wyschnięciu robi sie przezroczysty i elastyczny i można go usunąć, jeśli nałozy się go za dużo.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Posted by Pani Groszek at 22:00:00 | Permanent Link | Comments (1) |

Jestem niemożliwa

Powinnam odrabiać zadanie domowe na dzisiejsze zajęcia, ale nie mogę się za nic wziąć. Moje myśli wędrują gdzieś daleko do lata, albo do wczorajszego dnia, kiedy to miałam na sobie te piękną suknię. Nie mogę być aż tak rozkojarzona i próżna! Przecież nie przebrnę przez sesję w czerwcu.
Posted by Pani Groszek at 15:00:21 | Permanent Link | Comments (1) |

Do przodu!

Tak, jak pisałam wcześniej- poszłam do salonu na Wileńskiej, tym razem z moja przyszłą świadkową i szwagierką w jednej osobie. Monika jest konkretna i zawsze wie, jakie ciekawe pytanie zadać, na które ja np. mogłabym nie wpaść. Poprosiłam o ponowne zmierzenie sukni i znów przezyłam SZOK- jak ja PIĘKNIE w niej wyglądam. Zawsze uważałam się za dość samokrytyczną, ale tu nie mogłabym chcieć niczego lepszego. Myślę, że po uszyciu całości specjalnie na mnie, po dobraniu dodatków, fryzurki i makijażu powinnam swym wyglądem powalić Pana Młodego na kolana ;-)

Wpłaciłam też zaliczkę (300) i umówiłam się z Panią na początek maja na pierwszą przymiarkę. To mnie urządza, bo być może uda mi się do tego czasu jeszcze trochę schudnąć. Jestem naprawdę zadowolona- a jeszcze niedawno patrzyłam z przerażeniem w przyszłość poszukiwania sukni mego życia.

ZAPROSZENIA 

Postanowiliśmy (w sumie to ja) że zaproszenia zrobię/my sami. Ja wymyśliłam projekt, kupiliśmy w poniedziałek próbki papieru i zabraliśmy się do roboty :) Nawet ładnie nam to wyszło. Najtrudniejszą rzeczą jest krojenie tylko wielkich arkuszy na małe stronniczki. Robię to jednak po to, by się artystycznie wyżyć, ale również z oszczędności. Najzwyklejsze zaproszenia kosztują od 1,20 za sztukęi nie powolają estetyką (oklepane złocone gołąbki itp..) koszt jednego naszego zaproszenia nie wyniesie więcej niż 40-50 groszy, więc oszczędność spora. Czasu też jest dużo, mogę sobie spokojnie kleić i drukować. Ale mnie to wszystko cieszy :) Najważniejszy dzień w moim życiu nabiera kształtów. Marzę o tym bardzo często przed zaśnięciem:

29 lipca wstaję w cudownym nastroju, jest wspaniała pogoda z lekkimi, jak małe baranki, chmurkami, jem lekuchne śniadanie (chyba nic nie przełknę), kąpię się i jadę do fryzjera. Dzięki wcześniejszej próbnej fryzurze wiem, że nie będzie przykrych niespodzianek. Wracam do domu i czekam na makijażystkę. Po uczesaniu i umalowaniu zaczynam przypominać Pannę Młodą. Powoli zbliża się godzina przyjazdu Pana Młodego z rodzicami, więc stroję się i czekam. Przyjeżdząją- serce zamiera mi na widok mojego ukochanego, taki jest przejęty i przystojny! On także nie może oderwać ode mnie oczu... Jestem najszczęśliwszą kobietą na ziemi, że to właśnie z Nim łączę swój los... (przypomina mi się historia naszego poznania, różne wzruszające momenty, przymusowe rozstania) Następuje błogosławieństwo. Potem jedziemy do kościoła i tam widzę tych wszystkich ludzi, którzy przyszli specjalnie po to, by oglądać nasze szczęście i życzyć nam jak najlepiej...

Nie będę się więcej rozpisywać, bo zaczynam się przejmować, ręce zrobiły mi się całkiem zimne od tego pisania.  

Posted by Pani Groszek at 00:01:18 | Permanent Link | Comments (1) |

środa, 01 Marca 2006

Po wizycie w Koszalinie

Pojechałam wczoraj do krawcowej z Koszalina, którą poleciła mi moja dobra internetowa koleżanka, Viola (pozdrawiam Cię, Violu!!!). Zakład nazywa się "Barbara" i smutno stwierdzić, ale zawiodłam się. Muszę nadmienić, że Viola ślicznie wyglądała w swojej sukni autorstwa p. Basi, a że jest puszysta, więc natchnęła mnie nadzieją, że p. Basia naprawdę umie doradzić i uszyć na takie figury, jak moja.

Zadzwoniłam dzień wcześniej do tej krawcowej pytając, czy ma jakieś suknie do poprzymierzania w dużym rozmiarze (podałam jej swoje wymiary), a ona powiedziała, że kilka się znajdzie. Niestety, jak już do niej przyszłam, powiedziała, że ma tylko do rozmiaru 42- więc po co mi ściemniała przez telefon??? Przecież specjalnie operowałam w rozmowie centymentrami, a nie rozmiarówką, bo jedna drugiej nierówna. No nic... zapytałam, jaki fason mi poleci i powołałam się na Violę.

Zobaczyłam suknię (małą) w fasonie tej, co miała Viola, ale stwierdziłam, że nie dla mnie ten fason- rzeczywiście, Viola jest wysoka, ja nie. Właściwie wiele do zaproponowania p. Basia nie miała,  zdała mi się flegmatyczna, bez pomysłu, jej sposób mówienia trącił wioską... a tego nie znoszę. Najbardziej nie lubię krawcowych, które nie umieją rozmawiać z klientkami. Nie wie, jak się odezwać, by nie urazić. Przecież, jaki koń jest, każdy widzi. Nie chodzi mi o to, by mówiła "ale w tym nie będzie widać, jaka pani jest tłusta", tylko, żeby nazywała rzeczy po imieniu... trudno mi to wytłumaczyć, ale drazni mnie takie obchodzenie się "jak z jajkiem", jakies owijanie wełny w bawełnę "No, nie będzie widać, tych... no... pani, tej tu...... no kilogramów...". I jakieś takie spojrzenie, czy aby już się obraziłam, czy nie. Przecież można powiedzieć "wymukli figurę, wyszczupli, zatuszuje krągłości, wyeksponuje zalety" itp..., żadna normalna kobieta się za takie coś nie obrazi.

W końcu sama powiedziałam jej (i pokazałam na zdjęciach) jakie suknie mnie interesują i wtedy mi przytaknęła. Uszyłaby mi o 200 zł taniej niż szyłabym u siebie, na miejscu, ale z dojazdami wyszłoby prawie na to samo. Jeszcze jedno co mnie zmartwiło to brak próbek z materiałami, zwłaszcza jeśli chodzi o koronkę. Miała kilka próbek takich sztywniejszych koronek, a mi chodziło o delikatną. Powiedziała, że jak jej opiszę, o jaką mi chodzi, to ona sprowadzi, ale przecież mój opis jej wyobrażeniom może być nierówny. W wielu zakładach mają conajmniej kilkanaście próbek, albo przynajmniej zdjęcia koronek na ciemnym tle, że można cos wybrać.

Do p. Basi już nie wrócę. Nie spałabym spokojnie, bo nie lubię niekonkretnych fachowców. Dziś mam iść podpisać umowę w zakładzie w moim mieście na tę suknię, która podczas mierzenia najbardziej mi się spodobała. Ciekawe, czy uda mi się coś utargować. Chciałabym...

Posted by Pani Groszek at 12:38:16 | Permanent Link | Comments (4) |