Niedziela, 26 Lutego 2006

Kolejny tydzień z głowy.

Wróciłam właśnie od rodziców, gdzie byłam z moim lubym od wczoraj. Śniłam dziś kolejny koszmar o moim ślubie. Było to tak:

Nadszedł dzień ślubu i poszłam do takiej wielkiej kaplicy, w którym ślubów udzielała kobieta (dziwne) i okazało się, że zadzwonili z pracy mojego narzeczonego i kazali mu coś załatwiać. Byłam strasznie rozżalona, że nawet w taki dzień nie dają mu spokoju :( Przed nami wzięło ślub kilka par, między innymi mój obecny wykładowca (heh... jako 31 latek mógłby rzeczywiście hajtnąć się ze swoją dziewczyną). Do ślubu przyszła nawet moja koleżanka z LO, Lidzia, w jakiejś dziwnej sukni w kolorze beżowym. Chwaliła mi się, ze kupiła ją za 100 zł. Poczułam się winna, że moja suknia była 17 razy droższa. ;-)

Następnie Misiek wrócił do kaplicy i swój ślubny strój niósł pod pachą i powiedział, że zaraz sie przebierze. Ja spojrzałam w lustro i zobaczyłam (o zgrozo!), że jestem zupełnie nieumalowana i rozczochrana!!! Po prostu przesiedziałam w tej kaplicy pół dnia i zapomniałam iść do fryzjera i do wizażystki!! Byłam załamana. Powiedziałam, że nie biorę ślubu bez odpowiedniej fryzury i makijażu. Zaczęłam kombinować, jak przełozyć ślub, ale babka, która go udzielała nie miała żadnych pasujących terminów. Potem dotarło do mnie, że przełożenie ślubu to mały pikuś, gorzej, że nie da się przełożyć wesela i orkiestry, bo nie ma terminu. W związku z tym ślub oddalił się w nieokreśloną przyszłość.

Gdy się obudziłam z tego koszmaru, pomyślałam, że koniecznie muszę dopilnować, by Paweł nie zabierał w dniu ślubu nigdzie swojej służbowej komórki;-) Teraz chce mi się smiać z tego snu, ale gdy to się śni, to wcale nie jest do śmiechu. A dziś rodzice sypnęli groszem na suknię. Muszę się ostatecznie zdecydować na jakąś w tym tygodniu i dostałam pieniądze potrzebne na zaliczkę. Wkleję zdjęcie sukni trochę podobnej do tej, która mnie ostatnio zachwyciła, gdy ją mierzyłam. To zdjęcie różni się od "mojej" sukni głównie dekoltem ,ja będę mieć dekolt w serce i suknia będzie miała ramiączka. Nieestetyczni, moim zdaniem, wygląda taki wywalony "balkon", jak ma ta modelka. Ponadto w sukni z ramiączkami będę się o wiele pewniej czuła! Drugą istotną różnicą jest materiał z którego zrobiona jest "narzutka" -tu widzimy szyfon wyszywany czymś, a u mnie ma być delikatna koronka. Rękawki u mnie są rozszerzane. Poza tym mniej więcej podobnie.

 

Posted by Pani Groszek at 19:29:57 | Permanent Link | Comments (2) |

Czwartek, 23 Lutego 2006

Promyk nadziei :-)

Po wczorajszym dniu jestem nadzwyczaj zadowolona! Pochodziłam wreszcie po salonach sukien! Wcześniej zrobiłam wywiad i podzwoniłam i odpuściłam sobie salony, gdzie tylko zdejmują miarę i szyją suknie na odległość. Zostały mi trzy salony w centrum miasta budzące zaufanie.

1. W pierwszym salonie babka miała niemal gotową na mnie suknię, ale dwuczęściową. Ja chcę jednocześciową. Źle się czuję i wyglądam w gorsetach, a ta kieca była szyta na rozmiar 48 (czyli mój) ale z mniejszym biustem i generalnie NIE PODOBAŁA MI SIE!! Gorset długi (żeby pani schował brzuch) spódnica wsiowa, z jakimiś rozchodzacymi się połami, jakiś doczepiony kwiat. To była suknia, którą szyła na miarę jedna pani i zostawiła ją w komis. Krawcowej teraz zależało, by ją opchnąć.
Takie puszyste i niewysokie rzadko się zdarzają, więc wciskała mi ją wszelkimi argumentami starając się zohydzić mi suknie jednoczęściowe (będą panią pogrubiały!)
Powiedziała poza tym, że mam sobie kupić ściągające body o 2 rozmiary za małe (!!! Shocked ) takie, które wciągnę tylko na leżąco, to mi wyprofiluje sylwetkę. Grrrr Evil or Very Mad
Za ten dwuczęściowy koszmarek miałabym zapłacić 1100 zł i mieć go już na zawsze, bo po skróceniu spódnicy (jestem ciut niższa niż pierwsza właścicielka) nie miałaby już szans jej sprzedać.
Nową suknię owszem by uszyła, za 1400 zł , decydować mam się natychcmiast , wpłacić 1000 zł(!!!) zaliczki i czekać na szycie do końca maja.
Wyszłam stamtąd przygnębiona Sad

2. Drugi salon był wielki i "firmowy" pełno plakatów La Sposy, Demetoris itp... pomyślałam, no tu to mnie nie stać, ale pogadałam z babkami i one powiedziały, że dwuczęsciowa dla mnie to pomyłka (yes!) i tylko jednoczęściowa. Dały do przymierzenia dwie w zbliżonym rozmiarze do mojego (trochę za małe Confused ) Generalnie wybór mam uproszczony, bo chcę jednoczęściową, z rękawami, bez trenu.
Pierwsza trochę mi nie pasiła, bo miała dekolt w łódkę- to jednak nie mój fason, poszerza mnie w ramionach. A druga, to była taka, której zupełnie nie nie brałam pod uwagę.

Prosta biała suknia atłasowa, na ramiączkach z ładniusim dekoltem (ale go powiększę, bo to mój atut), szyta z klinów, łagodnie rozszerzana ku dołowi (na halce z jednym kołem) z... narzutką w fasonie rozkloszowanego koronkowego delikatnego płaszczyka z długim rozszerzanym rękawkiem.
Byłam w szoku, jak to załozyłam!!!
Nic mnie nie pogrubiało- wręcz odwrotnie! Jakaś taka się wyższa wydałam sobie. Zero odstawania w kłopotliwych miejscach typu brzuszek i biodra. To, czego nie zamaskuje suknienka swoim krojem maskuje ten płaszczyk i naprawdę ozdabia, bo jest ze ślicznej koronki z naszywanymi koraliczkami.
A przy tym nie wyglądałam ciężko w tym Smile

Koszt 1700 zł... i chyba na to się zdecyduję. Zaliczka wyniosłaby rozsądne 400 zł.

3. W trzecim salonie byłam dla spokojności, pani była miła, cena mojej sukni może od 100 do 200 zł niższa, ale nie mam pewności, że tak dokładnie będzie odszyta tak idealnie, jak poprzednim salonie. Na razie optuję za drugim, bo obsługa była miła Smile

Naprawdę poprawił mi się nastrój. Obawiałam się, że jako pączek będę zmuszona iść na kompromis między modą i marzeniami a smutną rzeczywistością puszystej dziewczyny, na której nic nie wygląda pięknie. A tu... promyk nadziei, że w tym Wielkim Dniu będę jak Fiona po przemianie.
Postaram się znaleźć fotkę podobnej sukni i wkleić. Bo cyfrówki niestety nie mam.
Posted by Pani Groszek at 10:06:38 | Permanent Link | Comments (5) |

środa, 22 Lutego 2006

Moje koszmary

Dość często mam ślubne koszmary. Najczęstszy scenariusz: jest dzień mojego ślubu, a ja nie mam sukni- ba! nie mam nawet pomysłu na suknię. Jestem nieumalowana, nieuczesana. Goście jakoś tak krzywo patrzą, narzeczony też nie wyraża entuzjazmu. Nawet nie dochodzimy do kościoła. Jestem sama w mieszkaniu i z paniką szamocę się starając się znaleźć cokolwiek w szafie, co przypominałoby choć trochę ślubną kreację. Jestem zestresowana, osamotniona i nieszczęśliwa.

Dziś miałam kolejny senny koszmar, ale innego rodzaju. Śniło mi się, że po ślubie przyjęcie rozpoczęło się nieopodal naszego lokalu w leśnej scenerii. Na polance zastaliśmy proste stoły z jakimiś zakąskami. Zaczęła się zabawa- a raczej ganianie po lesie, bez muzyki.
Po pewnym czasie goście zrobili się głodni i postanowiliśmy kontynuować zabawę w naszym wynajętym i opłaconym lokalu. Dzwoni telefon- nasza orkiestra- i tu pierwsza powalająca wiadomość- oni się nie zjawią w ogóle, bo przecież lokal nam wymówił umowę, a nawet chciał ich podkupić na wieczór, bo trafili się lokalowi klienci na dwukrotną ilość gości i to się bardziej opłaca właścicielom lokalu.
Jako to?! Przecież wszystko było umówione, zaliczki wpłacone i nawet te stoły w lesie dla nas ustawione. W tej chwili dociera do mnie, że nawet na tych stołach nie było obiadu, tylko jakieś podeschnięte kanapki. Dzwonię na komórkowy pani Krysi, a ona mówi oschle "Słucham, tylko proszę szybko mówić, bo nie mam czasu". A ja mam gardło zciśnięte z rozpaczy, prawie czuję, jak łzy cisną mi się do oczu i nie mogę wydusić słowa do tej słuchawki. I pani Krysia wyłącza się.

I wtedy się obudziłam, z walącym sercem, niespokojna, a po chwili z uczuciem ulgi, że TO TYLKO SEN.
Posted by Pani Groszek at 01:33:11 | Permanent Link | Comments (4) |

Niedziela, 19 Lutego 2006

Zmasakrowana przez księdza ;-)

Dziś byliśmy na 5tym spotkaniu z serii Nauk Przedślubnych. Mam wrażenie, że ze spotkania na spotkanie przychodzi więcej i więcej par. Miałam naprawdę dobre chęci zapisując się tam, mimo, że światopogląd, wcale nie taki katolicki, ugruntowałam sobie już dość dawno. Ale z wykładu na wykład coraz trudniej mi tam wysiedzieć!
Dzisiaj przyszedł do nas taki masakryczny ksiądz, że ja, siedząca w pierwszej ławie, dosłownie usnęłam przy jego ględzeniu! Połowę twarzy schowałam w stójce kurtki i z przymkniętymi oczyma drzemałam, półświadomie starając się nie chrapać.
To było tylko około pół godziny, ale ja odczułam to jak conajmniej dwie! Nauka, jak ta sprzed tygodnia, i sprzed dwóch tygodni była o potrzebie uczestniczenie w mszy świętej.  O małżeństwie jest tam może 10% wykładu, reszta o tym, że trzeba chodzić do kościoła.
Może jestem niesprawiedliwa, ale odnoszę, że Kościół jako instytucja z przestrachem patrzy na Zachód, gdzie kościoły sa zamykane z powodu braku wiernych (przykład- Francja) i obawia się, że i w Polsce powoli zrobi się to samo, a co za tym idzie nie będzie komu dawać na tacę. Byt wielu księży zostanie zagrożony.
Naprawdę tak to zaczynam odbierać.
Posted by Pani Groszek at 19:52:30 | Permanent Link | Comments (1) |

Sobota, 18 Lutego 2006

Pączek w sukni ślubnej

Czy pączek może wyglądać pięknie w sukni ślubnej? Optymistycznie mniemam, że tak.
Taka już moja dola, że prócz rozlicznych cnót i zalet matka Natura obdarowała mnie także wielką zdolnością magazynowania energii na "ciężkie czasy". Niestety ma to ten uboczny efekt, że "ciężkie czasy" nie nadchodzą, a energia magazynuje się w postaci mięciutkich, okrągłości tu i ówdzie na całym ciele.
Katalogi z sukniami ślubnymi pełne są wysmukłych, jak brzozy dziewcząt, w zapierających dech kreacjach, ale w niewielu z nich widzę swoją krągłą postać.
Główny problem polega na tym, że nie mogę mieć marszczonych spódnic, gorsetów, bo bedą odstawały, a ja będę z nich "wypływać". Czarno widzę suknię bez rękawów i na cieniutkich ramiączkach, bo mam za pulchne ramiona.
Ale na szczęście znalazłam kilka typów, które mi się podobają i na pierwszy rzut oka powinny maskować niedoskonałości. Wkleję sobie kilka wytypowanych modeli, a co!
Do krawcowej miałam iść w tym tygodniu, ale niestety zachorowałam i unikałam wychodzenia z domu bez potrzeby. Jestem ciekawa, co też mi krawcowe doradzą, na którą się zdecyduję i ile zapłacę za szycie.
PIERWSZA:

DRUGA:

TRZECIA:

CZWARTA:

PIĄTA:


Zdjęcia z tyłu pomijam, ale tez są ciekawe. No, bardzo nie mogę się doczekać, jak to w końcu wyjdzie z tą suknią. Bardzo chciałabym szyć ją w tajemnicy przed Misiem, tzn. żeby w ogóle jej nie widział, aż do dnia ślubu, kiedy cała będę przygotowana. Nad tą suknią pewno jeszcze nie raz się zdenerwuję, ale w końcu szyje się ją raz w życiu z założenia. Warto postarać się, by efekt końcowy był wspaniały.
Posted by Pani Groszek at 20:34:54 | Permanent Link | Comments (2) |

Czwartek, 16 Lutego 2006

Marzenia małego Kopciuszka

Bywając na forum e-wesela, czasem mam wrażenie, że dyskutujące tam kobiety gdzieś pogubiły sens ślubu. Liczy się dla nich przede wszystkim suknia, fryzura, makijaż, o czym namiętnie debatują. Mnóstwo czasu poświęcają szczegółom weselnym, np. kolorom i rodzajom dekoracji, wizytówkom, zaproszeniom, księgom gości.
Ale czy ja postępuję inaczej? Chyba nie... w miarę zbliżania się tego Wielkiego Dnia też powoli pochłaniają mnie przygotowania, planowanie, marzenia o wyśnionym ślubie. Od najmłoszych lat faszeruje się małe dziewczynki bajkami o królewnach, królewiczach, o Kopciuszku, a zakończeniem takiej bajki był oczywiście ślub w pięknej sukni z księciem z bajki, a potem bal weselny do rana w kryształowej sali, wśród zachwytów gości.
Tak spojone wzorce nie znikną z dnia na dzień i wcale nie jestem pewna, czy chciałabym, by zniknęły. Wiem, że w dniu swego ślubu wiele kobiet czuje się, jak Kopciuszek, którego sen wreszcie się spełnił. Czy dziwi więc, że chce się wyglądać najpiękniej w życiu, że chce się dopracować każdy szczególik, aby cała machina ślubno-weselna toczyła się bez najmniejszego zgrzytu czy fałszywej nuty.
Ja też opisuję i będę opisywać zapewne głównie materialne i doczesne zagadnienia związane z przygotowaniami do mojego/naszego ślubu, bo tego, co dzieje się w sercu nie sposób opisać. Szczególnie w dzisiejszych czasach, kiedy presja wobec starych panien i kawalerów tak bardzo zmalała, upowszechniają się rozwody, konkubinaty, mężczyzna i kobieta są niezależni finansowo, wielkimi desperatami muszą być Ci, którzy dobrowolnie skazują się na utratę wolności, na trwanie przy drugim człowieku na dobre i na złe, w młodości i w starości. Moim zdaniem to wyraz życiowej dojrzałości i odwagi.
Posted by Pani Groszek at 12:26:55 | Permanent Link | Comments (1) |

Nasze wymarzone obrączki

Temat obrączek, symboli nierozerwalności małżeństwa był kolejnym, w którym ja i mój ukochany okazaliśmy się jednomyślni. Ale bynajmniej nie słodzę, bo w sprawie doboru muzyki na wesele (DJ czy orkiestra) ostro sie sprzeczalismy. Obrączki chcemy mieć najzwyklejsze, tradycyjne "złote krążki". Takie jak na zdjęciu. Zrobimy je z podarowanego przez rodziców złota stara biżuteria, której nikt nie nosi, jakies skrawki złota, pozostałości). Zajmiemy się tym najwcześniej wiosną. Po co za szybko... trudno będzie oprzeć się pokusie mierzenia.
Posted by Pani Groszek at 12:06:49 | Permanent Link | Comments (2) |

Ciąg dalszy przygotowań

Mój blog ma być w założeniu kroniką przygotowań ślubnych i weselnych. Zapisem myśli, uczuć. Miejscem do zwierzania się z problemów i radości. Na pomysł pisania wpadłam chyba miesiąc temu, ale dopiero teraz zebrałam się w sobie. I oto piszę.
Skończyłam na spotkaniu naszych rodziców, a oto, co było dalej.

15 stycznia zaczęliśmy chodzić na nauki przedmałżeńskie do mojego kościoła. Nie spodziewałam się żadnych rewelacji i słusznie. Nudy, pnownie odkrywanie tego, co już od dawna wiadomo, smrodek dydaktyczny, wtręty o homoseksualistach, udowadnianie, że kobieta była przyczyną upadku ludzkości, a winę za upadek męża ponosi każdorazowo "niewiasta", jego żona, której zadaniem jest opiekować się mężczyzną.
Przy -30 stopniach na dworze, w kościele było niewiele cieplej. Cud, że nam tyłki nie przymarzły do ławek. Ale wiemy, że to konieczne, bo ślub chcemy mieć konkordatowy i trzeba się pewnym procedurom poddać. Czytalam, że w innych miastach Dominikanie prowadzą tzw. Wieczorki dla zakochanych, które sa rodzajem kursu, uznawanym przez Kościół, ale bardziej przypominają warsztaty psychologiczne. Coś takiego bardziej by mnie interesowało, niż 40 minutowe wykłady, w których co tydzień inny ksiądz wygłasza monolog używając infantylnej retotyki, porównań typu "Przykazania Boże są tym samym dla człowieka, czym przepisy ruchu drogowego dla kierowcy".
No, proszę księdza, nigdy bym się nie domyśliła! ;-)

Zdaje się, że 21 stycznia była u nas kolęda. Przyszedł młody ksiądz, którego wcześniej nie widziałam, ale cóż w tym dziwnego, wszak nie jestem gorliwą parafianką. Na kolędzie była moja babcia i mój narzeczony, od tej pory chyba będę nazywać go Miśkiem. I ksiądz od razu wypalił z pytaniem "Czy wy młodzi mieszkacie razem?" A ja od razu wypaliłam z kłamstwem, że skądże znowu, narzeczony mnie tylko odwiedza. Znaczy się do grzechu cudzołóstwa dołożyłam grzech kłamstwa... Trochę mi głupio, ale tak mnie zastrzelił, na dzień dobry.
Pozytywnym aspektem kolędy było umówienie się na rozmowę w sprawie mojego bierzmowania. Ma byc już w marcu. Za świadka wezmę Miśka, tylko jakie imię wybiorę...?

W tym samym czasie mniej więcej poszlismy za radę teściowej obejrzeć jeszcze jeden lokal na drugim krańcu miasta, o którym wieść gminna niesie, że bardzo fajnie i niedrogo urządzają wesela. Spotkaliśmy się z panią Krysią, która trzęsie całym tym przybytkiem i od razu podbiła nasze serca swą energicznością, szerokim uśmiechem i ceną 70 zł od osoby łącznie z dekoracją sali. :-)
Na podpisanie umowy umówiliśmy się za dwa tygodnie. Do czasu podpisania umowy z panią Krysią, postanowiliśmy informować poprzedniego lokalu o naszej rezygnacji- całe szczęście umowa jeszcze nie była podpisana, a zaliczka nie wpłacona.
Czas oczekiwania na umowę z lokalem wypełniliśmy sobie szukaniem muzyki, fotografa i obrączek.

Najszybciej znaleźliśmy fotografa, bo poprzez ogłoszenie w internecie. Jesteśmy zgodni co do tego, że zdjęcia są najpiękniejszą pamiątką ślubną. Nie zastąpi ich najlepszy film, który obejrzy się kilka razy (przewijając przydługie sceny zjadania kotleta przez ciotkę Gertrudę, czy wygibasów wujka Stacha na parkiecie ;), a potem taki filmik kończy służbę w zaszczytnej randze pułkownika :)
O zdjęciach też mamy inne, niż tradycyjne poglądy, że musza być szczere, a nie pozowane. Nasz fotograf jest artystą-amatorem. Widzieliśmy album jego zdjęć na internecie (potem pokazał nam więcej zdjęć przy spotkaniu). Z resztą, to nie tajemnica- zapraszam na stronę www.yacekk.prv.pl gdzie znaleźć można portfolio autora oraz odnośniki do wirtualnego albumu jego mniej tradycyjnych, eksperymentalnych prac.
3 lutego podpisaliśmy umowę z p. Jackiem na wykonanie około 300 fotografii, które dostaniemy na płycie. Z czego 100 zdjęć w formacie 13X18 dostaniemy już gotowe do wklejenia do albumu. Zdjęcia będą miały charakter reportażowy: w kościele, podczas składania życzeń, krótka sesja pod kościołem, toast, pierwszy taniec. A kilka dni po ślubie sesja plenerowa. Kilka dni temu na forum e-wesele nawiązałam znajomość z dziewczyną z moich okolic (pozdrawiam Monikę!!) i przypadkiem opowiedziałam jej o fotografie i okazało się, że ona zna tego pana (jest z jej miasta!), zna też pary ze zdjęć ślubnych z jego portfolio. Czyli, fotograf zyskał na wiarygodności.
W dniu slubu, chyba przed uroczystością, pomkniemy też na chwilkę zrobić sobie zdjęcia w studio, ale najwyżej 6 ujęć, także ze świadkami, a może mniej, niż 6? Kto wie.

Następna w kolejce była muzyka. Nie obyło się bez zgrzytów. Ba! Były to przelotne burze z wyładowaniami. Orkiestry weselne kojarzą mi się z tandetną, wiejską muzyką, zupełnie nie w moim guście. Początkowo miał nas zabawiać DJ i wodzirej w jednej osobie. Miałoby to tę zaletę, że nie ryzykujemy fałszywych tonów, dostajemy bardzo zróżnicowany repertuar, w najlepszym, bo oryginalnym brzmieniu, gardła się śpiewakom nie zdzierają, nie trzeba robić przydługich przerw kondycyjnych. No i oczywiście płacimy 1/3 tego, czego żąda przeciętny zespół!
Ale Miśko uparł się na orkiestrę. Myślę, że to głównie sprawka jego rodziców, którzy mają bardzo tradycyjne pojęcie o ślubach i weselach i chcą nas przekonać na swoją, ludowo- folklorystyczną modłę. Nie chciałam robić scen, stawiać za wszelką cenę na swoim i zgodziłam się na orkiestrę, pod warunkiem, że przesłuchamy kilka zespołów.
Jeden przesłuchaliśmy w necie (mieli stronę z nagraniami), kilka zespołów odpadło z uwagi na zajęty termin, dwa zespoły dostarczyły płyty DVD, jeden zaprosił nas na swój występ na wieczorek taneczny do sanatorium, a jeden na swoją próbę, gdzie ostatecznie nie dotarliśmy, bo wygrał zespół, na którego wystepie byliśmy.
Po jego obejrzeniu i wysłuchaniu, jestem bardziej spokojna niż zdenerwowana, ale nigdy nic nie wiadomo... Wypowiem się konkretnie, jak już wykonają swoją robotę.
6 lutego podpisaliśmy z nimi umowę, ustaliliśmy nasze wstępne oczekiwania, Miśko wpłacił zaliczkę. Muzyka na weselu będzie nas (a w zasadzie narzeczonego) kosztowała 1300 zł.

Okazało się, że z powodu braku terminu w lokalu pani Krysi, nasz ślub musimy przełożyć z 5 sierpnia na 29 lipca. Raptem tydzień wcześniej. Niewielka różnica, bo lokal zapowiada się milutko. Jest, na najważniejsze duża sala. Goście nie będą się tłoczyć przy stołach, ani na parkiecie. Zapraszamy blisko 50 osób, a sala przewidziana jest na 100. Urządzenie sali zdradza jej przystosowanie do takim imprez, jak nasza, z resztą niemal co tydzień odbywają się tam wesela, a latem nie ma już gdzie szpilki wcisnąć, każda sobota zajęta. Ludzie rezerwuja terminy na 2 lata w przód.
Nie zrwóciliśmy wcześniej uwagi na to miejsce, ponieważ znajduje się dość daleko od kościoła i położony jest w mało atrakcyjnym budynku- ot taka szara PRL'owska budowla, jakich wiele straszy do dziś. Ale sala jest wyremontowana i wygląda porządnie, współcześnie. Widzieliśmy ją na żywo przystrojoną na wesele (dekoracje wliczone w cenę) i wygląda całkiem, całkiem... Moja tylko w tym głowa, by zazyczyć sobie odpowiadający mi kolor balonów i dodatków na stół.
11 lutego podpisaliśmy umowę z panią Krysią. Przy okazji okazało się, że jest ona sąsiadką z klatki obok mojego Misia (tzn. wtedy, kiedy mieszkał jeszcze z rodzicami). Jestem więc spokojna... bo naprawdę wiele osób poleca jej usługi.

Posted by Pani Groszek at 11:35:50 | Permanent Link | Comments (2) |

Jak to wszystko się zaczęło

Poznaliśmy się 23 listopada 2001 roku. Od razu coś zaiskrzyło, ale zanim staliśmy się oficjalnie parą minęło jeszcze ponad pół roku. Początek naszej miłości mogę określic, jako największą magię swego życia. Tęsknota, początkowe sekretne spotkania, szalone, nieprzespane noce, uzależnianie się od swej obecności i pożądanie, jakiego myślałam, że nigdy nie doświadczę.
Mimo różnych przeszkód, wbrew rozsądkowi i różnorakich postanowień, wciąż ciągnęło nas do siebie i w końcu oboje przyznaliśmy to przed sobą, że musimy być razem.
Teraz pominę kilka ładnych lat i przejdę do:

23 grudnia 2005 roku. Tuż przed samą Wigilią zaręczyliśmy się. Nie było to dla mnie niespodzianką, ale chwilą najbardziej utęsknioną. Z całowitą pewnością, bez cienia wątpliwości i przepełniającym mnie uczuciem, powiedziałam "TAK". Moje marzenie się spełniło, a na dowód tego najpiękniejszy złoty pierścionek, jaki mogłabym sobie wymarzyć lśni na moim serdecznym palcu. Ach, jakże byłam szczęśliwa!! Następnie wypadki potoczyły się bardzo szybko.

25 grudnia 2005 mój wybranek przyjeżdża do moich rodziców i oznajmiamy im radosną nowinę, następnego dnia tę samą wieść przekazujemy rodzinie narzeczonego. Wszyscy nam gratulują.

27 grudnia Zaczynamy myśleć o dacie i formie przyjęcia weselnego. Optujemy za niedrogim przyjęciem dla najbliższej rodziny i chrzestnych, w sumie około 25 osób. Upatrzyłam zabytkowy lokal rzut beretem od kościoła, a przy okazji 10 minut spacerkiem od naszego mieszkania. Oby się udało!

28 grudnia ustalamy termin ślubu na 5 sierpnia 2006 i kontaktujemy się z proboszczem naszej parafii. Na przyjacielskim spotkaniu w kawiarni oznajmiamy nasze plany znajmoym, którzy także nam gratulują, ale nie okazują zdziwienia ;-)

31 grudnia Sylwester spędzony w nowiutkiej kawiarni, trochę za bardzo kameralnej. Ale i tak jesteśmy szczęsliwi, że jesteśmy razem, a ja podsumowuję 2005 rok, który okazał się być dla mnie bardzo łaskawy. Na studiach same sukcesy, znalazłam pracę- bez znajomości (w moim mieście to sukces!), uczniowie mnie lubią i najważniejsze- mężczyzna mego życia zaręczył się ze mną :-) Czego chcieć więcej.

 Pierwszy tydzień stycznia 2006 upłynął nam na rozglądaniu się w ofercie lokalowej pod kątem wesela. Pewne opcje szybko upadły, np. z powodu budzącej wątpliwości obsługi, wygórowanych kosztów i tak dalej. Upadła moja wersja przyjęcia weselnego w zabytkowej herbaciarni, ponieważ okazało się, że do ceny wynajęcia sali (kilkaset złotych) będziemy musieli doliczyć koszt każdej zamówionej herbaty czy kawy (reszta posiłków miała pochodzić z cateringu najstarszej restauracji w mieście). Właściciel herbaciarni był nieugięty w tej kwestii, nie znosi żadnej herbaciano- kawowej konkurencji w swoim królestwie. A koszt jednej herbaty czy kawy wyliczył na 4 zł od filiżanki. Na coś takiego nie mogliśmy się zgodzić. Pomysł upadł.
Ciekawa jestem, jak mielibyśmy sprawdzić, ile rzeczywiście kaw czy herbat wypili nasi goście?? Przecież niepodobna jest ogarnąć to wszystko!

8 stycznia 2006 Oficjalne spotkanie naszych rodziców. Moi rodzice zaprosili ich do siebie na obiad, po to by poznać się lepiej i uzgodnić coś w sprawie naszego ślubu. No i ustalili- po pierwsze z małego przyjęcia ma się zrobić całonocne wesele (co do poprawin, jeszcze nie wiemy). Gości może być nawet ponad 40. Nie bardzo mi się to spodobało, bo dla mnie szkoda pieniędzy na zapraszanie rodziny, z którą nie utrzymuje się kontaktów, którą spotka się jedynie przypadkiem, np. na 1 listopada... Jedno dobrze- za gości płacą rodzice. Każdy za swoją rodzinę.

Przy okazji nastąpił wybór lokalu. Sala bufetu miejskiego ratusza. O tyle mi się ten pomysł spodobał, że blisko kościoła- można weselników popędzić pieszo, no i ratusz mamy piękny. Nie byłoby wstydu.
Były jednakże pewne minusy. Jak wybraliśmy się na oględziny lokalu (ja, przyszła teściowa i przyszła szwagierka) buchnął nam w nozdrza ostry zapach bigosu, co mnie skutecznie zraziło na samym wstępie do tej garkuchni. Aczkolwiek właściciel bufetu pokazał liczne zdjęcia z imprez weselnych, wystrój sali, przykładowe menu. Cena miała się wahać od 80 do 90 zł za gościa, bez ciast, napojów chłodzących i alkoholi.
Co mi się nie podobało najbardziej, to to, że to lokal jest w sumie mały. Aby można było w miarę swobodnie tańczyć, musiałoby byc nie więcej niż 30 gości... przy 40 robił się problem....
Posted by Pani Groszek at 09:44:16 | Permanent Link | Comments (4) |